Noel Gallagher’s High Flying Birds – Who Built the Moon? (2017), recenzja Katarzyny Turowicz

Po mocnym płytowo roku 2016, kolejny u progu nie zapowiadał się tak potężnie. Jak się okazało – tylko początkowo, bo następujące po sobie dni, tygodnie i miesiące pokazywały, że był to rok naprawdę wielkich albumów. Jedną z ostatnich płyt, która z głośnym hukiem zamknęła miniony rok fonograficznych premier był album Who Built the Moon? Noel Gallagher’s High Flying Birds.


W ostatnich latach bracia Liam i Noel Gallagher zawdzięczali rozgłos w mediach głównie roztrząsanym w świetle reflektorów sporom. Miniony rok w pewnym stopniu odwrócił tę tendencję – nie tylko dzięki publicznemu pojednaniu skłóconych i kłócących się od lat braci, ale także – a może przede wszystkim – za sprawą albumów wydanych przez obu Brytyjczyków – wydany w październiku As You Were młodszego z braci Gallagher i wydany miesiąc później Who Built the Moon? formacji Noela. Płyt, które mają tyle punktów stycznych, co całkowicie różnych. I jeszcze jedna ważna rzecz – w tym tekście nie pojawi się ponowne wzniecanie igrzysk na stadionie Gallagher czy wskrzeszanie ducha Oasis. Owszem, nie da się nie usłyszeć wielu elementów, które naturalnie przenoszą słuchacza w muzyczną rzeczywistość brit-popu sprzed dwudziestu lat. Mało tego – nie raz można odnieść wrażenie, że Noel Gallagher dopisuje dalszą historię wydanemu w 1995 roku albumowi (What’s the Story) Morning Glory?. Bez nadęcia i siłowych rozwiązań.

Dwa lata wystarczyły Noelowi Gallagherowi, by naładować baterię, wziąć odpowiednio długi rozbieg i z impetem wrócić z nową płytą. Who Built the Moon? jest pewną woltą w dotychczasowej solowej dyskografii brytyjskiego muzyka. Jak się okazuje, artysta znalazł idealny punkt przecięcia między eksperymentowaniem a kombinowaniem, bez większych odchyleń w żadną z tych stron. Co z kolei nie oznacza, że Who Built the Moon? to dzieło na wskroś idealne.

To płyta, która oddycha i pozwala oddychać. Przestrzenna. Jednolita i tak bardzo różnorodna, zarazem. Who Built the Moon? rozpoczyna mocne uderzenie Fort Knox, by po drodze przejść chociażby w znacznie bardziej stonowane kompozycje jak Be Careful What You Wish For z potężnymi, głębokimi pomrukami perkusji i delikatnie uwypukloną gitarą. Gallagherowi udało się utrzymać w ryzach własne pomysły i mnogość dźwięków. I nawet jeśli tu i ówdzie (She Taught Me How to Fly) wariacje wokalne w studyjnych ulepszaczach wymknęły się spod kontroli przybierając finalnie dość nietypowy kształt, a w If Love Is the Law nie wiedzieć czemu harmonijka brzmi jakby wspawana na siłę, to Who Built the Moon? i tak tnie równo. Na kawałki, a potem składa w całość. Za każdym kolejnym razem.

Teksty. W przypadku Who Built the Moon? obnażają pewien dysonans, dysproporcję sił. Pieczołowitość i znakomite wyczucie to określenia, które doskonale pasują do warstwy muzycznej albumu, ale do jego tekstowej strony już niekoniecznie. Noel Gallagher z wyczuwalnie mniejszą uważnością podszedł do słownej części swojej najnowszej płyty. Wystarczy wskazać chociażby singlowe i nie do końca zachwycające lirycznie Holy Mountain. Teksty nie ciągną tego albumu prosto na dno, ale dość wyczuwalnie obniżają jego całkowitą wartość.

Nie wiem, czy Who Built the Moon? jest płytą frontem do słuchaczy Oasis i spuścizny brit-popu w ogóle, czy dla tychże zupełnie nie do przyjęcia. Natomiast pewne jest, że jest to płyta przede wszystkim znakomitego kompozytora. Who Built the Moon? jak chyba żadna inna do tej pory solowa płyta starszego z braci Gallagher pokazuje jego artystyczne możliwości i pozostawia po sobie niedosyt.

Czytaj również