Nine Inch Nails – Hesitation Marks (2013), recenzja Anny Polcyn

Sprzedali ponad 20 milionów płyt na świecie, znaleźli się na liście największych rockowych artystów wszechczasów Rolling Stone (2004r.). Niektórzy mówią, że to już nie ten sam NIN, to prawda, już nie ma tego samego natężenia na płytach, ale to nadal Nine Inch Nails, którego słucha się z przyjemnością. Nareszcie doczekaliśmy się kolejnej płyty po tylu latach – Hesitation Marks, znany również, jako Halo 28.

Trent Reznor – to teraz spokojniejsza osobowość, jednak jego ciemniejsza strona przebija się chociażby w tekstach piosenek skomponowanych dla NIN. Nowa płyta to tworzenie napięcia dla słuchacza przez całe 61 minut i 59 sekund.

Nie byłem do końca szczery, w stosunku do tego, co się ostatnio działo – powiedział Reznor – Przez ostatnie lata potajemnie pracowałem non – stop z Atticusem Rossem i Alanem Moulderem nad nowym albumem NIN, i teraz jestem szczęśliwy, iż jest ukończony i szczerze naprawdę świetny. Trzeba mieć prawdziwą motywację i impuls by ponownie zebrać zespół i wyjechać w trasę. Moje próby w dziedzinie filmu, HTDA i wielu innych projektach stymulowały mnie twórczo i postanowiłem skupić tą energię na zabranie NIN w nowe miejsce. Zaczynamy!

Ścieżka otwierająca – The Eater of Dreams – ósmy studyjny album amerykańskiego zespołu to klasyczne budowanie napięcia w stylu industrial. Dźwięki nałożone na siebie wprawiają w idealną atmosferę, w której z niecierpliwością czekasz na to, co dalej przygotował NIN. Kolejne Copy Of A – to utwór o tym, że czasem trzeba zrezygnować z kontroli nad swoim życiem, bo jest jakaś wyższa siła. Muzycznie, jest to podróż przez elektronikę, gitary, rytmiczną perkusję i przeróżne aranżacje wokalne. Przez ponad pięć minut utworu nie jesteś znudzony, a raczej zaciekawiony coraz bardziej.

Następnie słyszymy pierwszy singiel Came Back Haunted. Teledysk do tej piosenki wyreżyserowany we współpracy z Davydem Lynchem nie przypadł mi do gustu, jestem nawet skłonna powiedzieć, iż jest to jeden z gorszych teledysków, jakie widziała w swoim życiu, ale koniec końców sama muzyka się obroniła. Niektóre riffy przypominają nieco drugi album NIN – The Downward Spiral. Tekst odnosi się do przeszłości Reznora:

Everywhere now reminding me I am not who I used to be I’m afraid this has just begun Consequences for what I’ve done, yeah.

Kolejne Find My Way to, pokuszę się na słowo, ballada. Czy nawet muzyczna modlitwa o wskazówki na dalszą drogę. Delikatny wokal prowadzi nas po muzycznej ścieżce smutnej historii, a tło muzyczne wprowadza nas głębiej w klimat. W tym utworze pojawia się gościnnie gitarzysta – Lindsay Buckingham. All Low Time – zniekształcona gitara i niepokojące dźwięki na początku. Później wszystko nabiera kształtu. Na koniec przechodzimy do syntezatorów, które przenoszą nas w lekko ‘psychodeliczny’ klimat. Po raz pierwszy na albumie zespołu pojawia się muzyk Pino Palladino. Dissapointed – jak dla mnie zaczyna się trochę nie jak NIN, ale to tylko ulotne wrażenie. Piosenka z lekko stłumionym wokalem, rytmiczna, a wokal lejący. Przy refrenie głos staje się wyraźniejszy. Ciekawy zestaw. Everything – co może niektórych zdziwić jest to dance –rock. Jedna z nielicznych piosenek przy, których nie trzeba zastanawiać się jak do tego tańczyć – przychodzi samo. To utwór, jakiego chyba nigdy nie słyszeliśmy w wykonaniu NIN.

Teraz można przyznać, iż zaszła wielka zmiana w zespole. Niektórzy kochają tą piosenkę, inni nienawidzą. Ja potraktowałam to, jako niespodziewaną nowość, która nie jest wcale taka zła. Kolejnym potwierdzeniem na zmianę klimatu w zespole jest kawałek – Satellite. Trochę funky elektro i popu usłyszy tu chyba każdy. Satellite, I’m watching you – można powiedzieć, że słowa na topie do niedawnych zdarzeń, choć wiadomo, że nie o to chodzi w tej metaforze. To bardziej opowieść o tym, jak uzależniony musi kontrolować wszystkie swoje poczynania, by nie zacząć od nowa. Various Methods of Escape – jeden z moich ulubionych kawałków tej płyty. Głos Reznora w zwrotkach brzmi jakby śpiewał z rurką w krtani, gdy rozbrzmiewa refren ponownie słyszymy naturalny wokal. Różnorodnie i ciekawie muzycznie. To chyba jeden z nielicznych zespołów, które nagrywają kolejną studyjną płytę, a nadal wszystko brzmi różnorodnie. Duży szacunek za to. Running – dokładnie tak czujemy się od początku piosenki, która ma narzucone szybkie tempo. Powtarzane jak mantra I’m running out, by na końcu usłyszeć I never Get away. Jeden z moich ulubieńców muzycznych tego krążka. By zrozumieć te teksty, trzeba bardziej zapoznać się z życiem Trenta Reznora i jego drogą do trzeźwości, którą możemy obserwować w kolejnych utworach. I Would For You I only have myself to blame, te słowa wbijają się podczas słuchania piosenki. Następnie tekst ustępuje instrumentalnym solówkom. Gitary, syntezatory i pianino, które kończą utwór spokojnie wprowadzają nas do kolejnego muzycznego dzieła sztuki. In Two – robotyczny wokal jest dość ciekawym zabiegiem przy tym utworze. Jako jednozdaniowe podsumowanie tekstu można by rzec – walka dwóch w jednym. While I’m Still Here – z samotnego życia do pokładania nadziei w miłości. Stay with me, hold me near… while I’m still here. Ale nie byłabym sobą gdybym nie powiedziała wam o jeszcze jednej rzeczy – kolejny pierwszy raz NINu – tym razem saksofon. Chociażby z tego względu zalecam przesłuchanie. I tak dobiegamy do końca płyty: Black Noise – abstrakcyjna konstrukcja muzyczna, w której trudno doszukać się jakiejkolwiek harmonii. Czysty Black noise.

Zespół, który gra elektronikę w oparciu o rocka po raz kolejny nie zawiódł. Płyta nie jest ukazaniem upadku uzależnionego, ani nie jest sztuczną kreacją człowieka, który odmienił swoje życie. Jest ciekawą retrospekcją, okraszoną, co ja mówię ukoronowaną dobrym brzmieniem. Po prostu chce się słuchać.

Płyta ta wyszła również w wersji Deluxe, na której znajdują się remiksy: Find My Way, All Time Low i While I’m Still Here i chociażby, dlatego warto przedłużyć tą muzyczną podróż i kupić rozszerzoną wersję.

Nine Inch Nails - Hesitation Marks

Czytaj również