Czy to nowa płyta Daft Punk? A może jakaś zaginiona płyta Diany Ross lub wyciek nieopublikowanych nagrań Lady Gagi? W każdym pytaniu jest sporo racji, bo to Nile Rodgers, który po 26 latach od premiery ostatniego albumu powraca z legendarną grupą Chic i pokazuje, jak się robi prawdziwe disco i funk.

Nile Rodgers już od lat siedemdziesiątych udowadnia, że w zawodzie producenta muzycznego ma niewielu sobie równych. Założenie grupy Chic w szczytowym momencie popularności muzyki disco pozwoliło mu wypłynąć na szerokie wody i zbudować markę, jaką się dzisiaj może szczycić. Tym większe emocje narosły wokół zapowiedzianej już cztery lata temu płyty It’s About Time. Ze spokojnym sumieniem mogę powiedzieć, że czas zadziałał tylko na korzyść.
Czy jakieś motto może bardziej krzyczeć „disco!”, niż „bawmy się do końca świata”, zwłaszcza śpiewane zmysłowym, kobiecym głosem? Z utworu Till The World Falls płynie czysta energia i radość, które, niemal przez ponad pół godziny trwania albumu, nie dają nam chwili na oddech. „Chucking”, charakterystyczny dla Rodgersa sposób grania na gitarze, zgodnie z zamierzeniem hipnotyzuje, a bliższa współczesnemu R&B partia perkusyjna nie pozwala nodze przestać tupać. Swoje solo ma również młody raper Vic Mensa, dzięki czemu utwór w sprawny sposób łączy swą retro-aurę ze współczesnymi nam sposobami lansowania radiowych hitów. I to działa, działa tak dobrze, że kolejny utwór, Boogie All Night bez zbędnych wstępów i ceregieli rzuca nas w wir sobotniej nocy, która mogłaby się nigdy nie kończyć.
Nieco urozmaicenia wprowadza Sober, okraszona miękkim głosem mniej ostatnio słyszanego Craiga Davida. To bodaj najmniej współczesna w swojej aranżacji piosenka, ale w żadnym wypadku nie jest to wada – bo do czego ona nawiązuje! To esencja z przebojów Janet i Michaela Jacksonów z przełomu lat 80. i 90., z wyrazistym, ostrym rytmem i przesytem efektów dźwiękowych. Piosenka jest pełna seksualnego napięcia między dwojgiem ludzi, których łączy dopiero rozpalony do czerwoności parkiet, a my czekamy w napięciu na kulminację.
Nile Rodgers w trzech kolejnych utworach pozwala nam odpocząć od erotycznych napięć, aczkolwiek tempo w żadnym wypadku nie spada. Do You Wanna Party przywodzi na myśl letnie przeboje Flo Ridy swoim pogodnym charakterem, mocnym bitem i dominacją rapowanych partii wokalnych. I Dance My Dance to zaś utwór jakby żywcem wyjęty z repertuaru Sister Sledge, z którymi, rzecz jasna, Nile Rodgers współpracował. Piosenki nie zaskakują, ale nie są też wypełniaczami – pozwalają zabawie dalej trwać.
Na płycie nie brak też wielkich nazwisk. Elton John i Emeli Sandé w soulowej balladzie Queen stworzyli dobry, zmysłowy duet. Żywiołowe gitary Rodgersa ustępują dla wokalnych popisów wokalistów, opowiadających historię życia pewnej kobiety, która pomimo przeciwności losu nie straciła wiary i siły, mogąc z podniesioną głową patrzeć teraz w lustro i czuć się jak tytułowa królowa. Piosenka wyraźnie kontrastuje z całą resztą albumu i jest to zabieg jak najbardziej słuszny, brakuje jej jednak takiej iskry i pasji, jaka otacza nas przy pozostałych utworach. Odnoszę również wrażenie, że głosy wokalistów nie współbrzmią idealnie, niekiedy nawet „kłócąc się” ze sobą. W żadnym wypadku nie jest to zły utwór, to kawał solidnego soulu, mimo wszystko znakomite głosy przerosły nieco kompozycję.
Album zamyka utwór, który bez wątpienia spolaryzuje fanów Chic, gdyż współczesna reinterpretacja kultowego przeboju I Want Your Love w wykonaniu Lady Gagi miesza mocno w materiale wyjściowym. Pierwowzór sprzed dokładnie czterdziestu lat, pomimo swej tanecznej aury, cechuje się dużą dozą zmysłowości zakrawającej o erotyzm, kiedy jego nowa wersja jest wykrzyczanym ze sceny wyznaniem. I podoba mi się to – Lady Gaga przypomina siebie z Born This Way i Art Popu, pełną ekspresji, buntowniczą, z pazurem. Jej głos wiedzie prym nad gęstą, instrumentalną fakturą. Wybór głosu Lady Gagi, która czerpie przecież pełnymi garściami z muzyki minionych epok, nie mógł być bardziej trafiony, a utwór zachowuje mimo wszystko charakter swojego protoplasty.
I jest jeszcze State of Mine (It’s About Time). Zostawiłem sobie ten utwór na deser, bo śmiem go nazwać doskonałym. Demonstruje wszystkie sztandarowe cechy twórczości Rodgersa i łączy z jazzowymi improwizacjami. Z piosenki emanują luksus i euforia, po które sięgnąć może każdy. Chociaż jej brzmienie jest momentami szalenie bogate, gęste niemalże od partii różnorodnych instrumentów, nie przytłacza, a zachwyca swoją barwnością. Udźwignąć klasyczne disco połączone z fortepianowymi improwizacjami i uczynić je lekkim i przejrzystym – to nie lada osiągnięcie zarówno kompozytorskie i realizatorskie. Chapeau bas!
Płyta wyszła, zgodnie z tytułem, w samą porę. Współcześni muzycy czerpią pełnymi garściami z epoki disco, przerabiają i aranżują na nowo wielkie przeboje, często jednak zapominając, że muzyka ma sprawiać radość, pozwalać zapomnieć o codzienności, przenieść nas w inny świat. Nile Rodgers przypomina, za co świat pokochał Chic. Nie bawi się w spektakularne efekty dźwiękowe i grube warstwy fitrów, nie opowiada o swoich najbardziej wyuzdanych pragnieniach i żądzach. Stawia przed nami orkiestrę, odpala kulę dyskotekową i bawi się w najlepsze. To nie jest album wybitny, to nie jest album przełomowy, ale jest to album nagrany z pasją i radością. Dla Chic muzyka to dobro luksusowe najwyższego sortu, na które zasługuje każdy z nas.
