Nie jestem fanem zespołu Coma. Ba, nawet nie powiedziałbym, że w jakimkolwiek stopniu lubię ich twórczość. Zawsze uważałem ich muzykę za książkowy przykład przerostu formy nad treścią. Piotr Rogucki – lider grupy – tak bardzo chce tworzyć poetyckie, nieszablonowe teksty, że stają się one na tyle karykaturalne i niezrozumiałe, iż nawet najwięksi miłośnicy grupy otwarcie przyznają, że w nie mają pojęcia o co w większości z nich chodzi. Pamiętam, jak w drugiej klasie gimnazjum kupiłem ich ówczesny premierowy materiał – Hipertrofia. Nigdy nie sprzedaję swoich płyt, ale w tym przypadku zrobiłem wyjątek – kumpel zaoferował mi 20 złotych, które w tamtym momencie wydawały się dla mnie bardzo atrakcyjną ofertą, jak za używany towar. Transakcja została dokonana, a pieniądze przetraciłem w jednym z rzeszowskich McDonaldów… Jednak to czy lubię grupę, czy nie, w przypadku dzisiejszego tekstu nie ma istotnego znaczenia. Jej historia, która przytrafiła się im całkiem niedawno, będzie jedynie gruntem pod większą tezę.
Zespół kilkanaście dni temu – trochę w stylu U2 i ich Songs of Innocence – postanowił opublikować swoje najnowsze dzieło, zatytułowane COMA – Pierwsze Wyjście z Mroku 2014. Live in Jarocin tylko i wyłącznie w sieci. Cena, jaką sobie za nie zażyczył, to 8,99 zł. Przypuszczalnie w większości krajów tzw. świata zachodniego, kwota cztery razy mniejsza od innych wydawnictw byłaby nie lada okazją. Jednak nasz kraj pod bardzo wieloma względami jest specyficzny, więc nie inaczej było i w tym przypadku.
W dzisiejszym tekście będę chciał skupić się na kilku ważnych sprawach, które zostały poruszone w wywiadzie z Piotrem Roguckim, opublikowanym 26 listopada 2014 roku na portalu gazeta.pl. Sam tekst jest bardzo ciekawy, ale też bardzo długi, dlatego nie zajmę się jego całą zawartością, tylko znajdującymi się w nim konkretami. W takim razie oddajmy głos liderowi zespołu:
Nie ma specjalnego zainteresowania tym albumem. W przedsprzedaży rozeszło się 500 sztuk, Tede w tym samym czasie sprzedał podobno 5 tys. egzemplarzy. Co innego, że fani hip-hopu są już przyzwyczajeni do tego rodzaju dystrybucji.
500 sztuk to jest naprawdę żałosny wynik. Zespół, który ma fanów praktycznie w całej Polsce, grający koncerty niemal zawsze wyprzedawane do ostatniego biletu, nie jest w stanie sprzedać swojego produktu w nakładzie przekraczającym 1000 egzemplarzy. Wiadomo, że to tylko przedsprzedaż, więc ta liczba zdecydowanie się zwiększy, ale przywołanie rapera Tede i sprzedanych przez niego 5000 sztuk pokazuje, że coś jest, kurde, nie tak. Tylko teraz pytanie: z miłośnikami grupy, czy z Comą? Nie jest tajemnicą, że fani hip – hopu są zaznajomieni z nabywaniem muzyki w sieci. Przykładem może być Peja, który zupełnie zrezygnował z promocji swojej twórczości w mediach tradycyjnych, i przeniósł tę działalność do Internetu. Hip hop i rock – nie tylko pod tym względem – bardzo się od siebie różnią. Fani rocka są w pewnym sensie fetyszystami. Dla nich płyta to nie tylko zawartość muzyczna – liczy się też pudełko, czy książeczka. Segregowanie kolekcji w ich świecie polega na przestawianiu albumów na regale, a nie w folderze na pulpicie komputera. Wydaje mi się, że Coma i jej biznesowe otoczenie nie rozważyło wszystkich za i przeciw takiego sposobu publikacji. Jestem pewien, że gdyby wydali ten sam materiał, w takiej samej cenie, za to na tradycyjnym nośniku DVD, słupki sprzedaży wystrzeliłyby do góry, jak piana po zanurzeniu mentosa w Coca – Coli. Tylko wtedy trzeba by wydać sporo pieniędzy na produkcję kompaktów, ich dystrybucję, co okazałoby się zupełnie nieopłacalnym przedsięwzięciem. Tylko, czy obecna forma jest w ogóle zyskowna? Znów przekażę głos Roguckiemu:
(…) cena 8,99 zł za płytę to absolutne minimum, jakie mogliśmy ustalić, żeby zwróciły nam się koszty tej produkcji – pod warunkiem, że sprzedamy 12 tys. sztuk. I już wiemy, że tyle na pewno się nie sprzeda.
No właśnie. Mamy już jeden z powodów, dla których nowe wydawnictwo Comy się nie sprzedaje. W pewnym sensie jest to moja subiektywna interpretacja faktów, podparta wypowiedzią Roguckiego. Nie powiedział on wprost, że Polacy nie kupują muzyki w sieci. Jego zdaniem DVD Comy nie rozchodzi się jak świeże bułeczki z innego powodu:
Fani rocka często są przyzwyczajeni do Chomika – mówi.
Tutaj chyba trafił w sedno całej sprawy. O ile z gadaniem, że polscy miłośnicy ostrzejszego grania nie są przyzwyczajeni do legalnego nabywania muzyki za pomocą Internetu można się nie zgodzić, o tyle z kwestią, że ściągają ją z Chomika – jak najbardziej.
Jakiś czas temu pobranie płyty naszego rodzimego artysty było nie lada wyzwaniem, gdyż na najpopularniejszych stronach z torrentami albumy polskich gwiazd nie były dostępne z prostego powodu – żaden Amerykanin, Brytyjczyk nie słucha Maryli Rodowicz, czy Krzysztofa Krawczyka. Mówiąc w skrócie – łatwo było pobrać artystę światowego, a polskiego cholernie trudno. Wtedy „pomocną dłoń” podał serwis chomikuj.pl stworzony przez Polaków dla Polaków. Można tam za drobną opłatą ściągnąć filmy, książki, czy właśnie muzykę – uzupełnioną w katalogi rodzimych artystów. Od momentu, gdy najnowsza płyta Comy pojawiła się w serwisie, nabycie jej kosztuje 2,44zł, bo tyle trzeba zapłacić za możliwość pobrania 1GB materiałów ze strony. Oczywiście album ten nie zajmuje aż tyle pamięci, jednak niższych widełek w „cenniku” nie ma. Więc zróbmy sobie teraz małe zestawienie, które pokaże absurdalność całej sytuacji: w pełni legalne, wspierające fundusze zespołu (który przecież z własnej kieszeni wydał pieniądze na zrealizowanie materiału) nabycie wydawnictwa kosztuje 8,99 zł, natomiast pirackie – 2,44 zł. Ja rozumiem, że oszczędzanie jest fajne, bo sam staram się je praktykować. Jestem w stanie też zrozumieć pirackie pobieranie przez społeczeństwo płyt, bo ich ceny w sklepach, czy portalach typu iTunes są cholernie drogie. Ale ludzie! Coma udostępniła zrealizowany w jakości HD materiał za śmieszne 8,99 zł. Osoba nabywająca piracką wersję zaoszczędziła na tym 6,55 zł! Za te pieniądze, w dzisiejszej ofercie Żabki, można kupić 3 Harnasie. Skoro głównym targetem tego wydawnictwa byli fani Comy to pytanie do nich, czy warto zaoszczędzić 6,55 zł na nielegalnym pobieraniu płyty swojego ulubionego zespołu? W wywiadzie Piotr Rogucki powiedział też jedno zdanie, które trochę kładzie cień na grono słuchaczy grupy: To miał być prezent dla naszych fanów. Prezent – który jak pokazała historia – miłośnicy kapeli nie bardzo docenili.
W dzisiejszym felietonie wbrew pozorom nie chodziło mi wcale o Comę i o słabą sprzedaż ich płyty. Cała ta sytuacja była jedynie fundamentem domu, który można by roboczo nazwać „szujowatością fanów”. Tak, dobrze czytacie – my, fani muzyki jesteśmy szujami. Mam nadzieję, że nie czujecie się teraz obrażeni – ale niestety – fakty nie kłamią. Okradamy naszych ukochanych artystów poprzez nielegalne pobieranie ich muzyki, czy klikamy w przycisk „Wezmę udział” w wydarzeniu promującym koncert artysty na Facebooku, po czym nigdy się na nim nie pojawiamy. Jesteśmy nieuczciwi wobec nich, pomimo tego, że ich piosenki towarzyszą naszym życiom w radosnych i smutnych chwilach. Przeglądając komentarze znajdujące się pod wywiadem z liderem Comy, natknąłem się na jeden wpis, który w przewrotny sposób podsumowuje całą tą sytuację. Oto on (pisownia oryginalna):
Tak też jest z klientami (prowadziłem sklepik osiedlowy) – dopytywali się, dlaczego nie ma tego, czy tamtego i zapewniali,że będą kupować – a potem jak było to nikt nie kupował i straty się generowały – doświadczony handlowiec powiedział mi – może i „klient nasz pan” ale nie Bóg i interes twój – jak będziesz robił wszystko co oni chcą to szybko Cię do bankructwa doprowadzą – nie posłuchałem, bo chciałem wszystkim dogodzić choćby w części – obecnie …………. ja bankrut, on nadal kręci interes i nie daje rządzić klientom
Arek
Pan Arek trafił w sedno. Pal licho, że płyta według fanów grupy jest słaba i cytując wpis jednego z nich: szkoda by mi było nie tylko 9 zł, ale i miejsca na dysku. Pal licho, że być może Drogi czytelniku nawet nie wiedziałeś o istnieniu takiego zespołu jak Coma, i tym bardziej o słabej sprzedaży jego najnowszej płyty. Pal licho, że może cała ta sytuacja jest sztucznie wykreowana przez managmenet zespołu tylko po to, by w mediach mówiło się o grupie i o jej najnowszym albumie. Problemem jest w nasz stosunek do wykonawców. Jesteśmy w pewnym sensie ich żywicielami, ale też szujami, które nie są wobec nich uczciwe. Fakt: część z nas jeździ na koncerty i sprawia, że w jakiejś części wpływa na stan finansowy artystów. Jednak mnóstwo osób nie uczęszcza na żadne występy, nie stara się nawet od czasu do czasu zakupić oryginalnego longplaya, a ich „wspieranie” ulubionego artysty ogranicza się do kliknięcia „Lubię to!” na jego Facebookowym fanpejdżu, oraz ściągania pirackich wydawnictw z torrentów. Sam Rogucki przyznał, że głównym powodem maksymalnego obniżenia ceny nowego albumu był fakt, iż wielu fanów skarżyło się na za drogie płyty zespołu. A gdy dostali materiał do kupienia za psie pieniądze, i tak wybrali Chomika… Szczerze, rozpoczynając tworzenie tego felietonu myślałem, że jego wydźwięk będzie diametralnie inny. Chciałem udowodnić, że słaba sprzedaż albumu Comy to wyłącznie wina ich słabego podejścia do tematu. Jednak w trakcie pisania i analizowania każdego z aspektów zdałem sobie sprawę, że oni nie zrobili nic złego. Chcieli jedynie sprawić przyjemność fanom, którzy tego zupełnie nie docenili. Podobnie było przecież w przypadku U2, kiedy to miliony osób narzekało, że płyta sama wgrała się im na iTunesa. Chcemy, żeby albumy muzyczne były tanie, ale gdy tak się dzieje, i tak narzekamy, szukając dziury w całym. Jesteśmy dziwni, naprawdę dziwni.


