Nicole Scherzinger należy do tych artystek, które są niesamowicie utalentowane i jednocześnie niesamowicie niedoceniane. Ja osobiście jestem jej wielkim fanem i trzymam kciuki za nią jeszcze od czasów singli Whatever U Like i Baby Love. Dzisiaj wydaje swój drugi, solowy album. No i niestety, wciąż nie wróżę sukcesu… Szkoda, wielka szkoda. I smutek.
To nie tak, że Nicole nie ma talentu. Ma go strasznie dużo. Wydaje mi się, że ona ma po prostu pecha do producentów, twórców tekstów… Piosenki ma świetne – ale nie wszystkie. Wciąż brak jej wielkiego hitu, którym pokazałaby światu, na co ją stać. Takie Your Love, które było pierwszym singlem promującym ten album jest umiarkowanym przebojem. Zadebiutowało w TOP 5 na brytyjskiej liście, na premierę w USA wytwórnia się nie odważyła. Mam wrażenie, że gdyby dokładnie ten sam utwór wydała Katy Perry czy Rihanna w USA, albo Cheryl Cole w Wielkiej Brytanii – byłby to mega hit na miejsce pierwsze obu list.
Poprzedni krążek Nicole – Killer Love – jest znakomity. Kilka rzeczy w nim bym zmienił, jednak Amenjena to majstersztyk, Club Banger Nation, Wet czy Don’t Hold Your Breath to znakomite utwory. Czego oczekiwałem po najnowszym albumie artystki? Pokazania swoich możliwości wokalnych, pięknych ballad, dużo emocji… co otrzymałem? Tylko próbkę tego.
Tears of Joy
Drugi krążek Nicole Scherzinger jest albumem eksperymentalnym. To nie był dobry wybór. Artystka została pozostawiana sama sobie. Nie otrzymała wsparcia wytwórni muzycznej, mówi się nawet, że częściowo sama pokryła koszty sesji nagraniowych. Pomagało jej jedynie dwóch producentów: pan Terius Nash, którego znamy jako The-Dream oraz pan Christopher Stewart, czyli Tricky. To nie są źli producenci. To Ci panowie razem stworzyli m.in. Single Ladies dla Beyoncé, Baby Justina Biebera, Touch My Body Mariah Carey czy Umbrellę Rihanny. To przecież wielkie hity, zatem Nicole była w dobrych rękach. Co poszło nie tak? Tak naprawdę do końca nie wiadomo. Wydaje się, że nikt nie miał pomysłu jak właściwie ten krążek miał wyglądać. Pójdę nawet o kilka kroków dalej – chyba tak naprawdę nikt nie ma pomysłu jak miałaby wyglądać solowa kariera Nicole…
Skupmy się jednak konkretnie na tym, co dostaliśmy. Jedenaście piosenek na albumie (deluxe – tylko internetowy – zawiera dodatkowe trzy) w tym promujące single Your Love i On the Rocks. Your Love to dobry wybór na pierwszy singiel, On the Rocks nigdy nie powinno być brane pod uwagę jako materiał promujący album. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że lubię i jestem zadowolony z pięciu utworów. Cztery kolejne dodałbym na siłę jako kompozycje ‘OK’.
Girl With a Diamond Voice
Najlepszą piosenką na krążku jest Run. To przepiękna ballada, która ukazuje cudowny głos Nicole. To w takich rytmach i klimatach powinna być ta płyta. To powinno być ‘21’ Nicole, powinna mieć tu utwory typu Someone Like You itp. Niestety. Run jest tutaj tak samotne jak oaza na pustyni – więcej ballad nie ma. Smutek. Electric Blue to drugi, bardzo dobry utwór. Przypomina mi on trochę Whatever U Like (również z T.I.) jednak słabsze, bardziej ostrożne i zachowawcze. Whatever U Like było dzikie, z mocną produkcją, zadziorne, pazurzaste (jest takie słowo?). Electric Blue nadawałoby się na drugiego singla. Mieszanka r’n’b, mogłoby powalczyć o status umiarkowanego hita, na pewno radziłoby sobie lepiej niż miałkie On the Rocks.
Dwie kolejne kompozycje, które wielbię to God of War i Girl With a Diamond Heart. Ten pierwszy jest cudownym eksperymentem z najdziwniejszymi technikami producenckimi. Wyszło znakomite – chociaż moim zdaniem głos Nicole powinien być tutaj nagrany głośniej i mocniej, lekko blednie w natłoku owej produkcji. Ale i tak jest dobrze, ten utwór wyróżnia się na tym albumie. Jest taki inny, świeży, ciekawy. Po nim następuje Girl With a Diamond Heart, które już tak świeże nie jest, jednak ma znakomity refren, wpadający w ucho. W tym kawałku w końcu słyszę emocje, w końcu coś jest, jakaś dusza, iskra. Piątym utworem, który jak wspomniałem w poprzednik akapicie – lubię bardzo i jestem zadowolony – jest singiel Your Love. Ciepły, pozytywny, letni kawałek.
Advice for the Next One
Do tej piątki dołożyłbym jeszcze miałkie, ale jednak ‘OK’ On the Rocks, następujące po nim mozolne, charakterystyczne Heartbreaker oraz dziwne, ale urocze Just a Girl. I na sam koniec jest Big Fat Lie, które określiłbym dwoma słowami – głupie, ale fajne. Tekst jest zadziorny, prawdopodobnie miał być prześmiewczy i sarkastyczny. Wyszło trochę karykaturalnie. Dobrze, że chociaż melodia wpada w ucho. Nie jest to dobry utwór, ale nie powiedziałbym również, że to jakiś koszmar (czyli zdanie ładnie opisujące całą czwórkę: Hearbreaker, Just a Girl, On the Rocks, Big Fat Lie).
Kawałki Bang i First Love w ogóle trzeba przemilczeć. Spuścić na nie zasłonę milczenia. Podobnie i trzy kompozycje z deluxe’a – Little Boy – ballada trochę na miarę poprzedniej dekady, Unison również jakbyśmy cofnęli się co najmniej dziesięć lat w tył, a Cold World? Eh…
Miałem ogromne oczekiwania co do tego albumu. Między Killer Love a Big Fat Lie Nicole była m.in. jurorką w X Factorze, gdzie fantastycznie scoverowała m.in. The Greatest Love of All czy And I’m Telling You, dała również pokazy wokalu poprzez operowe Phantom of Opera czy Don’t Cry for Me Argentina. Generalnie pokazała, jak cudowny głos ma. Tego na tym albumie nie słuchać. Jest to zbiór piosenek, które po prostu sobie nagrano. Bez składu, ładu. Bez pomysłu.
Dajcie temu krążkowi szansę. Nie każdemu przypadnie on do gustu. Posłuchajcie go ze dwa, trzy razy. Zwróćcie uwagę na Electric Blue, God of War czy Girl With a Diamond Heart. Spróbujcie, może trafi do Was. Ja, mimo, że czuję zawód – lubię ten album. Zmieniłbym w nim wszystko (JUSTICE FOR „PRETTY”!), pokazał inną stronę Nicole, wprowadził różnorodność i tak dalej, i tak dalej. Ale to nie ja kieruję karierą Nicole. Album dla mnie to słaba siódemka. Może przy trzecim krążku w końcu dostanę to, czego chcę?
http://www.youtube.com/watch?v=-7YI3yk8DdU



