Kariera Nicka Jonasa nabrała w ostatnich latach rozpędu. Amerykanin postanowił zerwać z łatką gwiazdeczki Disneya, zmieniając wizerunek na zdecydowanie doroślejszy. Przemianie uległa również jego muzyczna strona. Artysta zostawił za sobą słodki pop rock i poszedł w kierunku brzmienia R&B, a krążek wydany w 2014 roku pokazał, że to zmiana zdecydowanie na lepsze. Jonas wraca z nowym wydawnictwem niecałe dwa lata później.
Czasami dłuższe przerwy przydają się muzykom. To świetna okazja, aby poszukać nowych inspiracji, poszerzyć horyzonty, odnaleźć swoje miejsce w muzycznym świecie i – co najważniejsze – zaskoczyć swoich fanów czymś naprawdę wyjątkowym. Po zapoznaniu się z Last Year Was Complicated, wydaje mi się, że Nick Jonas mógł poczekać nieco dłużej z wydaniem kolejnego albumu. Trzeci solowy krążek artysty nie wyróżnia się muzycznie i pozostawia słuchacza zupełnie z niczym. Żadnych emocji, żadnej ekscytacji czy zaskoczenia. Tak się czuję po przesłuchaniu tej płyty. Poznałem dwanaście nowych utworów. Po co, skoro zapomniałem o większości z nich chwilę później?
Last Year Was Complicated jest niestety albumem, którego równie dobrze mogłoby nie być. Niby coś się tu dzieje, ale na pewno nic wielkiego. Nie oczekiwałem, że Nick Jonas stworzy arcydzieło. Udało mu się za to nagrać krążek bezbarwny i bezpieczny. Szkoda, bo płyta Nick Jonas z 2014 roku dawała spore nadzieje na ciekawą kontynuację oraz element zaskoczenia.
Nowy album otwiera niezła kompozycja Voodoo. Mocny, wyraźny beat i chwytliwy refren dają nadzieję na sukces. Niespodzianki? Żadnych. Rynek muzyczny poznał już setki takich utworów. Nieco egzotyczne brzmienie powinno jednak zainteresować potencjalnego słuchacza i przekonać go do sięgnięcia po resztę krążka.
Głównym problemem tego wydawnictwa jest przede wszystkim to, że praktycznie wszystkie kawałki – prędzej czy później – zlewają się w nijaką całość. Nie mogę oprzeć się wrażeniu powtarzalności i monotonii. Utwory Good Girls, Don’t Make Me Choose, The Difference, Under You czy Comfortable nie przynoszą nic rewolucyjnego. Utrzymują przyzwoity poziom, teksty nie są najgorsze, strona produkcyjna może się podobać, ale jednocześnie wszystkie te piosenki są wtórne do bólu. Bogata produkcja, pełna różnych dźwięków z pogranicza popu i R&B, miała zapewne wzbudzić zainteresowanie. Faktycznie, przebojowości nie można tym piosenkom odmówić. Wpisują się w dzisiejsze trendy, więc komercyjny triumf jest w zasięgu. Czy to był jednak główny powód, aby wydać ten album? Dobra muzyka wywołuje w człowieku emocje oraz sprawia, że mamy ciarki. Słuchając Last Year Was Complicated można jedynie ziewnąć i współczuć braku oryginalności.
Krążek ma jednak kilka lepszych momentów, o których warto wspomnieć. Singlowe Close oraz Chainsaw wypadają naprawdę dobrze na tle reszty tracklisty. Utwór z Tove Lo to zmysłowa mieszanka popu, R&B i delikatnej elektroniki. Przyciąga swoim sensualnym klimatem. Nieźle wypada też taneczne Champagne Problems, które przyciąga pozytywną energią. Najprawdopodobniej największym zaskoczeniem na całym albumie może być Touch, gdzie Jonas bawi się ostrożnie z folktronicą. Utwór, choć nie jest niczym wyjątkowym, zdecydowanie wyróżnia się. To chyba jego jedyna zaleta.
Piosenka Bacon zawiera zdecydowanie najciekawszy beat na całej płycie. Nie pomyślałbym nigdy, że będzie mi dane słuchać pieśni o boczku. Nick Jonas udowodnił jednak, że potrafi zaskoczyć. Szkoda, że tak negatywnie. Mimo że utwór brzmi interesująco, nie jestem w stanie ocenić pozytywnie kompozycji o tak idiotycznym tytule. Pamiętajcie, bekon Was uszczęśliwi.
Najgorszym krokiem, jaki może zrobić młody artysta to wydać płytę przeciętną i bez charakteru. Nick Jonas popełnił ten błąd z płytą Last Year Was Complicated. Jego najnowszego albumu można posłuchać, ale czy trzeba? Niekoniecznie. Młody Amerykanin, pomimo niewątpliwego talentu oraz wszelkich predyspozycji, aby stać się kimś więcej niż jedynie kolejnym śpiewającym chłopcem, nie pokazał się tym razem z dobrej strony. Album ten powinien być przestrogą dla wszystkich artystów, którzy śpieszą się z zaprezentowaniem kolejnego dzieła. Warto czasami zastanowić się kilka razy, spróbować zaryzykować i pokazać swoją inną stronę, aniżeli wydać coś oklepanego.



