Dzisiejszy tekst chciałem zacząć jakąś błyskotliwą anegdotką lub ciekawą metaforą. Niestety przez ostatni tydzień swoje wszystkie kreatywnie pomysły przetraciłem na rzecz pracy licencjackiej oraz innych zaliczeń na uczelni, dlatego zacznę sztampowo, trochę w stylu wykładowcy na uczelni, chcącego zainteresować studentów swoim wykładem. Sześć – jak myślicie, co to za liczba? Daje Wam kilka sekund na zastanowienie się, a do rozwinięcia powrócę w drugim akapicie.
Ok, Wasz czas minął – sześć to liczba artystów, którzy posiadają wyłączne prawa da swoich utworów. Są to m.in U2, Foo Fighters czy Sex Pistols. Nie ukrywam, że gdy poznałem te statystyki, moje spojrzenie na muzyczny biznes zmieniło się nie do poznania. Dlaczego reszta artystów, wśród których są np. The Beatles, Queen czy Michael Jackson, nie ma jedynych praw do swoich kompozycji?
Wytwórnie płytowe to pewnego rodzaju mendy. Słuchając utworów danego artysty zwracają uwagę nie na ich walory artystyczne, tylko na to, czy się dobrze sprzedadzą. O ile w kwestiach szeroko rozumianej muzyki popowej takie wartości są jak najbardziej zrozumiałe, o tyle w przypadku rocka lub metalu – już niekoniecznie. Nie od czapy wziął się przecież popularny wśród artystów tego gatunku termin „rock korporacyjny”. O brzmieniu premierowych materiałów Thirty Seconds To Mars, czy Imagine Dragons nie decyduje sam zespół – tego wyboru dokonują kolesie w czarnych garniturach od Armaniego.
Po co w takim razie skazywać się na takie ograniczenia? – spyta zapewne część z Was. Cóż, nigdy nie miałem okazji prowadzić rozmów z dużą wytwórnią płytową na temat wydania swojej płyty, więc nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Ale za to czytałem mnóstwo książek poświęconych wszelakim artystom, dlatego jakieś pojęcie w tym zagadnieniu mam. Ogólnie chodzi o to, że wydając płytę w dużej wytwórni ma się poczucie pewności, że pracujący w niej ludzie się nią dobrze zajmą. Porównałbym to do takiej sytuacji – zamiast pożyczać pieniądze od jakiegoś łysego typa jeżdżącego czarnym bmw z szoferem, preferujemy wzięcie kredytu w banku. Mamy większą pewność, że inwestycja ta nie okaże się dla nas strzałem w kolano i posypywaniem ran solą. A wytwórnia nie rożni się praktycznie niczym od banku – daje pieniądze, ale potem chce je odzyskać. I to z dużą nawiązką.
Ceny płyt są jakie są. Na szczęście coraz częściej na sklepowych półkach można ujrzeć fajne wydawnictwa w cenie 19.99 zł co zdecydowanie pozwala mi na zaoszczędzenie pieniędzy na takie rzeczy jak np. jedzenie. Lecz średnia kwota, jaką trzeba wyłożyć za album to ok. 40 zł. Z tej puli artyści biorą ok. 5%. Najwięksi, w tym wspomniane U2, za jeden sprzedany egzemplarz swojego albumu dostaje 12%. Nigdy nie zapomnę informacji, którą wyczytałem kiedyś w książce o legendarnej czwórce z Liverpoolu (gdyby ktoś nie wiedział o kogo chodzi, to wspominam tu o Beatlesach). Mówiła ona, że muzycy w latach 60. za sprzedanie jednego egzemplarza swojej płyty dostawali mniej niż dolara. Do podziału. Dlatego mówienie o tym, że artyści nie zarabiają na sprzedaży swoich wydawnictw jest smutną prawdą. A dlaczego tak się dzieje? Bo niemal połowę z tej puli bierze wytwórnia.
Duzi wydawcy muzyki mają coś, co najbardziej liczy się w biznesie – kasę. Duff McKagan w swojej autobiografii zatytułowanej Sex, drugs & rock n’ roll… i inne kłamstwa wspomina, że Gunsi od swojej wytwórni Geffen, będącej własnością Warner Bros., przed nagraniem debiutanckiego Apetite for Destruction otrzymali w ramach zaliczki 200 tysięcy dolarów do podziału. Dziś sumy te dla zespołu są raczej śmieszne, ale w drugiej połowie lat 80. każdy z nich klepał biedę tak jak Florida tyłki modelek w swoich teledyskach, dlatego suma ta okazała się jednym z najważniejszych czynników decydujących o wybraniu właśnie tego koncernu.
To trochę smutne, że pieniądze dominują każdy możliwy obszar rozrywki. Ale bardziej smutne jest to, że wytwórnie traktują swoich podopiecznych jak maszynki do zarabiania pieniędzy. Rzadko kiedy zdarza się, że artysta mówi o swojej wytwórni w samych superlatywach. Zazwyczaj wypowiedzi te są nasączone sporą ilością pejoratywności. Ja się im kompletnie nie dziwę. Przedstawiciele dużych koncernów ingerują w proces tworzenia płyty w sposób bardzo znaczący. Do głównych zarzutów zalicza się tworzenie terminu oddania premierowego materiału, którego lepiej nie opóźnić. Wiąże się to zazwyczaj ze stratami finansowymi, a wytwórnie tego nie lubią. Również pozbawianie wyłącznych praw do utworów jest zabiegiem wręcz mafijnym. Dzięki takim praktykom na rynku nawet za 10 lat może pojawić się nowa płyta Michaela Jacksona czy Whitney Houston. To nie ich rodzina będzie decydowała o ich wydaniu. Decyzję za nich podejmie właśnie wytwórnia, mająca do tego święte prawo. Czy jest to moralnie poprawne? Czy sprzedawanie pośmiertnie albumów jest zagraniem fair wobec artystów, którzy przynieśli swoim zleceniodawcą ogromne zyski? To tematy na inny felieton. Ale już dziś mogę Wam obiecać, że kiedyś na pewno je poruszę.
Ciekawi Was pewnie jak to się stało, że tym sześciu artystom udało się zachować wyłączne prawa do swoich kompozycji. Cóż, wiem tylko dlaczego udało się to muzykom U2. I wbrew pozorom nie jest to historia zawierająca elementy szacunku wytwórni wobec zespołu, uwidoczniona poprzez przyznanie im takiego przywileju. Było po prostu tak, że koncern Island, wydawca ich muzyki, w pierwszej połowie lat 80. dokonał wielu nieprzemyślanych decyzji w kwestii inwestowania pieniędzy. Wpakowali je w projekty filmowe, które okazały się większymi klapami niż Kac Wawa. Część z nich w ogóle nie dystrybuowano do kin, bo firma uznała, że nie ma co się nawet błaźnić. W pewnym momencie wytwórnia stanęła na skraju bankructwa, a wszyscy jej muzyczni podopieczni chcieli się z tego tonącego statku jak najszybciej ewakuować. U2 tak samo. Jednak ich inteligentny menedżer Paul McGuinness wpadł na świetny plan – wykorzystując słabą sytuację wytwórni przedstawił im ofertę: U2 zostaje, jeżeli oni oddadzą im wyłączne prawa do swoich utworów. Island z niechęcią przystało na ten pomysł, a dzięki temu Irlandczycy mogą być naprawdę dumni z tego, że to tylko oni decydują o swoim produkcie.
Czy alternatywą są niezależne wytwórnie? Tak, jeżeli twoją ambicją jest wydawanie płyty nakładem nie przekraczającym 1000 egzemplarzy. Raz na milion lat zdarzy się, że niezależnie wydany album wepnie się na wysokie pozycje list sprzedaży. Czy alternatywą jest stworzenie własnej wytwórni i wydawanie płyt pod jej szyldem? Tak, jeżeli masz jakieś kilkadziesiąt milionów oszczędności. Najlepiej w dolarach lub funtach. Niestety kasa odgrywa tu ogromną rolę. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wielkie są koszta nagrania, obrobienia, dystrybuowania i tłoczenia płyty. A przy okazji tysiąca procesów pobocznych. Dlatego wytwórnię wiedzą, że z dużym kapitałem finansowym są jedynym racjonalnym wyborem zarówno dla początkujących adeptów muzyki, mających na koncie jakieś demówki nagrane w szafie jednego z członków, jak i doświadczonych artystów, posiadających na koncie miliony sprzedanych albumów.
Wytwórnie dymały, dymają i będą dymać swoich podopiecznych. Jest to wpisane w ich naturę. I tym bardzo pozytywnym akcentem kończę swój dzisiejszy felieton. Miłego weekendu.



