Natalia Przybysz po raz kolejny zagościła w Toruniu. Tym razem z nowym projektem i nową dawną muzyki. Co sądzimy o Shy Albatross? Możecie przekonać się poniżej, jedno jest pewne – warto!
Jeśli ktoś z Was zastanawia się nad najbardziej wszechstronnymi polskimi muzykami, to z sercem na dłoni wskazać trzeba Natalię Przybysz. Wokalistka dała nam się poznać jako część zespołu Sistars, dając początek polskiej muzyce R&B, która wówczas dopiero u nas raczkowała. Z powodzeniem kontynuowała to solowo wydając znakomite Maupka Comes Home z elementami soulu, jazz i afrobeatu. Potem było Gram Duszy, aż w 2013 roku wcieliła się w siostrę bliźniaczkę Janis Joplin, próbując z powodzeniem sprostać jej piosenkom. Rok później nagrała przebojowy Prąd, próbując kultywować trendy dawnych lat z big beatem i bluesem na czele. Po drodze były oczywiście różne inne projekty, a ich liczbę trudno zliczyć. W tym roku postanowiła nas zaskoczyć kolejną zmianą muzyczną. Projekt Shy Albatross powstał przy udziale Raphaela Rogińskiego, Miłosza Pękali i Huberta Zemlera i jest mieszanką tego wszystkiego co do tej pory tworzyła, z dużą dozą innowacyjności i intymności.
Zespół w Toruniu pojawił się w ramach trasy koncertowej prezentującej materiał z ich pierwszej wspólnej płyty Woman Blue. Na scenie usłyszeliśmy historie kobiet, które radzić musiały sobie w różnych sytuacjach. To co jednak najciekawsze w tym projekcie i to co słyszymy również na żywo, to swoista wielokulturowość. Z jednej strony słyszymy tu niejednoznacznego bluesa, ale jeśli komuś przyjdzie do głowy zamknąć to tylko w ramy tego gatunku, to może się pomylić. Motywem przewodnim jest oczywiście gitara Rahaela, ale ona bez wszelkich instrumentów perkusyjnych, cymbałów i wibrafonów Miłosza i Huberta prezentowałaby się zupełnie inaczej. To one dodają pewnego uroku, łączenia kultur, które często ciężko ujednoznacznić. Słyszymy tu i muzyczną Afrykę, i irlandzkie romanse, i bluesową Amerykę. Przeważa tu w większości minimalizm dźwiękowy, który my słyszymy, ale gdy spojrzymy ile instrumentów oni używają, to widzimy, że proces tworzenia tych utworów nie był taki prosty.
Nowego oblicza nabrał tu także wokal Natalii. Piosenki wydobyły z niej najczarniejsze rejestry. Moimi faworytami stały się tu trzy piosenki: fenomenalne Blind Man Stood On The Way and Cried, ciągnące się Dink’s Song oraz energetyczne Good Bye Mother Blues. Daleko od nich nie odbiegają również Moonlight czy Lonely Woman. Na uwagę zasługują również covery, które prezentują na żywo. Wydają się nieodłączną historii materiału zawartego na ich pierwszej wspólnej płycie, a prawdziwy laik mógłby nie rozpoznać, że to nie ich kawałki. Interpretacja utworu Niny Simone była prześwietna!
Taka muzyka na pewno nie jest dla każdego. To utwory kunsztowne, z dużą dozą dopracowania i dla wymagającego słuchacza. Jeśli jednak lubicie takie połączenia, to zachęcam do zapoznania się z płytą jak i obcowania z nią na żywo. Warto.
Fot. Jakub Molin


















