Studencki Klub Kwadrat w Krakowie, dnia 24 października 2015 roku w swych progach gościł wschodzącą gwiazdę muzyki pop – Natalię Nykiel. Jak to z uczestnikami różnego typu talent show często bywa trudno przewidzieć, co z nich wyrośnie (o ile w ogóle coś). Jednym z kilku wyznaczników ich przyszłości są również występy na żywo. Ważne jest jak prezentują się w wersji live, bowiem to koncerty napędzają tą całą machinę zwaną muzyką. Przekonajcie się sami jak ze swoimi utworami poradziła sobie Natalia.
Przed drzwiami studenckiego klubu Kwadrat pojawiłam się punktualnie o 19. Bez problemów weszłam do środka i od razu udałam się zająć miejsce pod sceną. Korzystając z godziny wolnego, ze względu na to, że koncert zaczynał się o 20, postanowiłam pooglądać obiekt. W finalnym rozrachunku okazało się, że tak naprawdę nie ma co oglądać, bo klub Kwadrat nie jest dużym klubem, ale ma za to swój klimat. Później spokojnie w dobrym towarzystwie czekałam na rozpoczęcie koncertu.
No właśnie… rozpoczęcie. Lublin czekał pół godziny, a Kraków aż jedną całą. Przez 60 minut publiczność mogła jedynie oglądać pustą scenę, a w tle przygrywała muzyka z laptopa. Coraz częściej dało się wyczuć to zniecierpliwienie wśród zebranych ludzi. Wysilę się na pewne ironiczne spojrzenie na sprawę w duchu akademickim. Jak dumna nazwa głosi Kwadrat to klub studencki. No właśnie – studencki. A wiecie, co to kwadrans studencki? To 15 minut spóźnienia, jakie przysługuje wykładowcy zanim studenci wyjdą z sali wykładowej. W godzinie są aż czerty kwadranse, a zatem publiczność zebrana w klubie miała prawo powiedzieć: „ O nie Natalia! My się na takie traktowanie nie godzimy”. Ludzie mogli bez problemu wybrać opcję wyjścia, ale tego nie zrobili. Dlaczego? O tym później.
Godzina 20:40 – zespół dopiero przyjechał na miejsce. Koncert rozpoczął się o 21. Na scenie zaczął robić się szum. Coś zaświeciło, pojawił się dym. Sprawny słuch wyłapał pierwsze nuty piosenki adekwatnej do sytuacji. Chodzi mi tutaj o kawałek Dym. Na scenę wyszła Natalia w typowym dla siebie fluorescencyjnym makijażu, spiętymi w kuc włosami i w pięknym jednoczęściowym kostiumie, który w zależności od światła padającego na piosenkarkę wydawał się być raz złoty, a raz srebrny. Po wykonaniu pierwszej piosenki z płyty artystka wstępnie przedstawiła zespół. Później nastąpiła szalona seria szybkich, energetycznych utworów, które rozbujały całym klubem. Zaczynając od utworu Rzeźba, Pół dziewczyna, idąc przez pierwszy singiel – Wilk, a kończąc na utworze Miejska Sprawa. Publiczność przez swą żywą reakcję pokazała, że już dawno wybaczyła artystce tą wpadkę z punktualnością. Istny szał ogarnął zebranych ludzi, gdy z głośników poleciał imprezowy numer Sick Dance. Chyba nie było w klubie ani jednej osoby, która nie dała się porwać temu szalonemu bitowi. Tak samo było z nowym numerem wokalistki zatytułowanym Ekrany. Było głośno, było tanecznie, był istny szał.
Później Natalia zwolniła nieco tempo wykonując jak sama przyznała bliski jej sercu utwór Pusto. To właśnie w nim odkryła swą liryczną stronę. Drugim oddechem od szalonego tempa był jedyny cover, jaki wykonała. Piosenkarka przedstawiła swoją interpretację piosenki Laura zespołu Bat For Lashes.
Obok oryginalnych aranżacji, jakie znamy z płyty Lupus Electro pojawiły się dwa remixy, odpowiednia przeróbka kawałków Bądź Duży oraz Wilk. Publiczność coraz bardziej dawała się wciągnąć w występ artystki czując jej oryginalność i świeżość wyrazu artystycznego. Nie zabrakło również wielkiego hitu Bądź Duży w wersji, jaką wszyscy znamy z radia. To właśnie ten kawałek doznał zaszczytu zamykania krakowskiego koncertu Natalii. Nie muszę chyba pisać, ze cała sala znała tekst i śpiewała jak równy z równym z piosenkarką. Jak to jednak bywa na koncertach są bisy. Tak tez było w tym przypadku. Pierwszą dodatkową piosenką był utwór Ekrany. Po głośnym wiwacie zebranych ludzi artystka pojawiła się po raz drugi na dodatkowym bisie prezentując ponownie energetyczny Sick Dance.
Ale tyle o set liście. Teraz przedstawię Wam klika szczegółów, które urzekły mnie najmocniej w występie Natalii. Po pierwsze wokal. Natalia nie raz i nie dwa podczas trwającego godzinę występu udowodniła jak dobrze śpiewa na żywo. Ale ten fakt powinien znać każdy, kto śledził jej występ w The Voice of Poland. Za piękne oczy przecież nikt do finału się nie dostaje. Po drugie perkusja. To ją było najgłośniej słychać zaraz po wokalistce. Perkusista oczarował publiczność tym, z jaką pasją i zaangażowaniem wykonywał swoją pracę. Wszystko przełożyło się na genialny koncert. Na plus zasługuje również, z jaką łatwością wchodził w interakcję z gwiazdą wieczoru. Jak dla mnie duet idealny. Po trzecie światła oraz wizualizacja. Wszystko pięknie ze sobą współgrało, chociaż czasem światła zbytnio raziły po oczach. Całościowo jednak jak najbardziej na plus. Po czwarte zachowanie artystki po koncercie. Natalia nie dała na siebie zbyt długo czekać i zaraz po zakończonym show z ochotą i uśmiechem rozdawała autografy. Jak długo to robiła- nie wiem, bo byłam pierwsza w kolejce po podpis.
Podsumowując koncert Natalii Nykiel polecam każdemu, kto ceni sobie ambitną muzykę w bardzo dobrym wykonaniu live. Swoją prezencją i zachowaniem, ale przede wszystkim dorobkiem artystycznym zjedna sobie jeszcze nie jednego fana. Drobne szczegóły, które wymieniłam wyżej sprawiły, że całość odebrałam bardzo pozytywnie i cieszę się, ze mogłam być częścią tego wydarzenia.
A spóźnienie? Pewnie się zastanawiacie, kiedy ona w końcu napisze, dlaczego ludzie nie wyszli z klubu pomimo godzinnego spóźnienie artystki. Ta cała relacja jest jednym wielkim rozwiązaniem tej zagadki. Widownia wiedziała, czego może się spodziewać, dlatego cierpliwie czekała na show Natalii. Jednak pewnie mało, kto się domyślał się, że będzie AŻ tak dobrze.







