Najgłośniejszy album mojego roku. Felieton Anieli Bocheńskiej

Jeśli już kończy się rok i wszystko skłania do podsumowań, również, a może przede wszystkim, muzycznych, chciałabym, obok najpiękniejszej, opowiedzieć też o najgłośniejszej płycie mojego roku. Ten chlubny tytuł przypada w moim własnym zestawieniu twórczyni, której można się po mnie spodziewać, bo darzę jej piosenki olbrzymią, w ciągu lat coraz mniej winną, miłością. Mowa tu mianowicie o Taylor Swift i jej najnowszej płycie – Midnights.

Wydanie to odbiło się głośnym echem w muzycznym świecie nie tylko według moich, subiektywnych, zestawień. Również według komercyjnych wyliczeń. Płyta zajmuje pierwsze miejsce w zestawieniu sprzedażowym Billboard przez pięć tygodni pod rząd, zablokowała sukces premiery Drake’a i sprzedała się w milionie egzemplarzy w pierwszym tygodniu. To z kolei nie udało się nawet ostatniej płycie Adele 30, w rezultacie czego świat muzyczny zgodził się, że w postbuildingowej erze streamingu skończyły się czasy, w których sprzedaż miliona egzemplarzy albumu w jednym tygodniu jest możliwe. Jak się okazuje, było to zdecydowanie wykonalne – dla Taylor Swift.

Midnights to jej pierwsza popowa płyta od 2019 roku. To też właściwie jej pierwsza płyta wolna – w jakimś stopniu – od wielkich społecznych oczekiwań od albumu 1989 wydanego w 2014. Zakładając oczywiście, że możemy mówić o kobiecie na szczycie branży muzycznej na której barkach nie są składane niezliczone wyobrażenia i zobowiązania krytyków i odbiorców. (Wątpliwe).

Jednak to właśnie u schyłku ery płyty 1989 Twitter obiegł hashtag #taylorisoverparty. Sześć lat, kilkadziesiąt pobitych rekordów i jedną Grammy temu robiło ono wrażenie. Zrobiło też wrażenie na samej twórczyni. Taylor zrobiła więc to, co robi najlepiej – zamknęła się w studiu i napisała piosenkę. Jedną, drugą, piętnaście. O reputacji idealnej, amerykańskiej dziewczyny i o tym jak łatwo było mu się rozpaść. O wolności która pojawiła się wraz ze świadomością jak mało ta reputacja była warta. O odzyskanym spokoju i niezależności. I o miłości, bo na miłość boską, dlaczego miałaby nie pisać o miłości. Jak ogłosiła światu; Stara Taylor nie może podejść do telefonu. Nie żyje.

Ponieważ mówimy tu o Taylor Swift, która uwielbia dramatyczne gęsty, gry słowne i piosenki, ale również uwielbia powroty, i wszystko to łączy ze sobą w sposób porównywalny może do Agnieszki Osieckiej, tkwienie w tym buncie przeciwko dziewczęcym sukienkom i kobiecym kliszom nie trwało długo. Kolejny album wydała więc jako coś zupełnie odwrotnego – w formie, ale nie w treści. Śpiewała o papierowych obrączkach i prawach osób nieheteronormatywnych, w otoczce brokatu, motyli i różowych zachodów Słońca – bo tak chciała i, proszę mi wierzyć, w roku 2019 kiedy ukazał się jej album Lover już nikt nie śmiał powiedzieć jej nie.

Była to więc dobra płyta, ale wciąż płyta wydawana w kontekście odzyskiwania narracji na własny temat. Ogłoszono daty koncertów i akcje promocyjne – a wtedy przyszła pandemia. W lockdownie piosenkarka została pozostawiona sama sobie i napisała dwie, zupełnie odmienne od poprzednich, najlepsze płyty w swojej karierze. Pokazała w nich to, o czym jej lojalni fani wiedzieli od dawna, to znaczy że nie jest popowa gwiazdką, (och, ile pogardy jest w tym określeniu!). Jest za to notoryczną pisarką kilkuminutowych opowieści.

Potem przyszedł czas na rozpoczęcie projektu rerecordings, to materiał na osobną historię, i no właśnie to wszystko doprowadziło nas do sierpnia 2022 roku. Taylor w oczach krytyków przebyła drogę od nieistotnej piosenkarki do bijącej rekordy twórczyni alt popu, która „ma coś do powiedzenia”. Łaskawie ofiarowali jej swoje uznanie kosztem porzucenia przez nią wszystkiego co błyszczące.

Ale Taylor nie po to napisała najpiękniejszą z popowych piosenek o męskiej mizoginii w wieku 19 (Dear John oczywiście) żeby zamieniać falbaniaste suknie na szare garnitury w imię uznania Poważnych Krytyków Ceniących Wyłącznie Alternatywę. She’s Taylor freakin Swift.

Ogłosiła więc wydanie nowego, popowego albumu na najbardziej komercyjnej z wszystkich imprez – gali rozdania nagród MTV. Wydała po raz pierwszy od dawna album popowy, komercyjnie bezpretensjonalny, ale niezmiennie liryczny. Album przepiękny, czasem przeszywająco smutny, a czasem popowo beztroski, z którym oprócz wymienionych na początku rekordów, jako pierwsza artystka w historii w tydzień po premierze zajęła top 10 listy przebojów zestawienia Billboard. What’s a girl gonna do – a diamonds gonna shine!

Czytaj również