MENU

    Na przypale albo wcale. Relacja Karoliny Posytek z warszawskiego koncertu Ofelii i zdjęcia Kasi Rynkiewicz

    11 grudnia odbył się warszawski koncert Ofelii. Był to już ostatni przystanek w ramach trasy Na przypale albo wcale promującej najnowsze wydawnictwo artystki. Nic więc dziwnego, że to właśnie materiał z albumu 8 dominował na niedzielnym występie, ale wydarzenie było również okazją, aby posłuchać kilka numerów z poprzedniej studyjnej płyty artystki.

    Nie był to mój pierwszy koncert Ofelii, więc wiedziałam, że mogę liczyć na bardzo udany, muzyczny wieczór. Ale był to mój pierwszy występ artystki już po wydaniu albumu 8, choć oczywiście część piosenek z tego wydawnictwa można było usłyszeć już na wcześniejszych koncertach, przed trasą Na przypale albo wcale.

    Koncert rozpoczął się chwilę po godzinie 20.00 specjalnym Intro. Nie tym znanym wszystkim z płyty 8 ani nie tym znanym z albumu Ofelia – czymś całkiem nowym. Wyszło bardzo ciekawie i z pewnością zachęcająco do spędzenia dalszej części wieczoru z artystką i zespołem! Następnie mogliśmy usłyszeć pierwszy pełny numer, Niebieski chłopiec, który stał się dość spokojnym rozpoczęciem koncertu. Potem nastąpił chwilowy powrót do płyty Ofelia. Wszyscy zgromadzeni w Palladium mogli usłyszeć utwory Tu oraz Meteoryt. I tu było pewne zaskoczenie, ponieważ numery te wybrzmiały w nowych, nieco bardziej energetycznych wersjach. Mi się bardzo spodobały i szczerze chciałabym, aby kiedyś były dostępne do odsłuchu w całości, gdzieś w sieci, albo na CD. Może na kolejnej płycie live?

    Kolejno wybrzmiało Intro, tym razem już to znane z najnowszego wydawnictwa Ofelii, a zaraz po nim, bardzo płynnie, Bolesne Kości. Już od pierwszej piosenki widać było, że Iga idealnie odnajduje się na scenie. Zresztą, ja to wiedziałam, ale zakładam, że dla części publiczności niedzielny koncert był pierwszą okazją do usłyszenia Ofelii na żywo. Następnie mogliśmy posłuchać serii utworów z najnowszej płyty artystki – wybrzmiał Słony Kiss, Samuraj, Osiem gwiazd oraz Ona tańczy sama. Był to bardzo energiczny fragment koncertu, działo się dużo i było widać świetny kontakt artystki z publicznością. Przed utworem Ona tańczy sama Ofelia powiedziała, że dziś nie tańczy sama, pewnie chodziło jej o tancerzy (o których nieco później), ale w mojej głowie przez chwilę pojawiła się myśl, że na scenę może wyjdzie jakiś gość. Jak się szybko okazało, bo utwór zaraz się rozpoczął, gościa żadnego niestety nie było.

    Iga wspominała, że prawie równo rok temu był ich ostatni koncert w Warszawie, chociaż z tym się nie zgodzę, bo artystka najwidoczniej zapomniała o tym, że w marcu 2022 roku dali dość kameralny występ na warszawskiej Ochocie. W każdym razie DAWNO nie grali w Stolicy, więc jaki utwór mógł wybrzmieć? Oczywiście, że Dawno! Kolejno przyszedł czas na cover, a właściwie covery… I o ile na poprzedniej trasie mogliśmy usłyszeć Toxic Britney Spears, tak teraz wybrzmiał utwór zespołu Bon Iver, Blood Bank, oraz We Might Be Dead By Tomorrow Soko, połączone niejako w jeden numer. Iga podczas tych piosenek grała na gitarze i muszę przyznać, że wyszło naprawdę ciekawie! Powoli zbliżał się koniec koncertu, ale przecież nie mogło zabraknąć Zakochanej w bicie oraz Ariwederczi. Bo w końcu jak lepiej moglibyśmy się pożegnać z artystką, a ona z nami?

    Oczywiście, że nie zabrakło również BIS-u podczas którego wszyscy zgromadzeni mogli usłyszeć jeszcze 3 piosenki. Zaraz z debiutanckiej płyty Ofelii oraz ponownie Samuraja i Zakochaną w bicie. Podczas ostatniego z utworów nastąpiła mała zmiana i perkusistka, Wiktoria Jakubowska, zamieniła się rolą z gitarzystą Kacprem Budziszewskim. I to Kacper zasiadł przy perkusji, a Wiktoria wzięła w ręce gitarę. Fajna odmiana pokazująca niezwykłe zgranie zespołu! Ofelii na scenie, oprócz wspomnianej dwójki muzyków, towarzyszył jeszcze basista, Janek Koźliński, który z nikim nie zamieniał się swoją rolą, ale świetnie spełniał swoją! Janek tego wieczoru „zastępował” Huberta Woźniakowskiego, którego zazwyczaj można zobaczyć na scenie u boku Ofelii.

    Podczas koncertu nie zabrakło kontaktu artystki z publicznością. Widać było również świetne zgranie całego zespołu. Ofelia dużo tańczyła, skakała i ogólnie cieszyła się tą chwilą spędzaną z publicznością. Opisując koncert nie mogłabym nie wspomnieć o tancerzach, którzy nie byli obecni na scenie od pierwszego utworu, jednak pojawili się na niej dość szybko. Początkowo pomyślałam, że wystąpią tylko podczas jednej piosenki, ale jak się okazało, zostali na znacznie dłużej. Z jednej strony fajnie, że pojawił się jakiś nowy akcent, z drugiej strony mam osobiście jakieś mieszane uczucia co do tych tancerzy. Oczywiście nie podważam nikogo umiejętności i zdolności, ale na scenie działo się za dużo i mam wrażenie, że niepotrzebnie odrywali wzrok od Ofelii i zespołu. Poza tym same układy były dość specyficzne, ale podejrzewam, że część publiczności była zachwycona ich obecnością na scenie.

    Przez ponad godzinę mogłam zapomnieć o zimnej temperaturze na zewnątrz, bo Palladium tego dnia było pełne ognia! A to wszystko dzięki Ofelii i jej genialnemu zespołowi! Zdecydowanie rozgrzali aurę tego dnia, tak bardzo, że nie chciało opuszczać się klubu!

    Chciałabym zachęcić Was do pójścia na koncert Ofelii, ale tak jak wspomniałam na początku, jesienno-zimowa trasa Na przypale albo wcale właśnie się skończyła. Ale z pewnością przyjdzie jeszcze wiele okazji, aby posłuchać artystki na żywo. Dlatego też zachęcam do śledzenia informacji koncertowych i wypatrywania daty i miejsca występu artystki w Waszych okolicach! Według zapowiedzi Igi, kontynuacja, a właściwie może nowa odsłona trasy, powróci już wiosną! STAY TUNED!

    Fotorelacja Kasi Rynkiewicz

    Ostatnio opublikowane