My Indigo – My Indigo (2018), recenzja Pawła Markiewicza

W egzystencji każdego człowieka jest taki moment, kiedy robi się małe résumé życia – zarówno prywatnego i zawodowego. Artyści zazwyczaj przelewają swoje spostrzeżenia na obrazy albo muzykę, tak jak zrobiła to Sharon den Adel w solowym projekcie – My Indigo. Album oscylujący w klimatach chilloutowych dotyka ważnych sfer ludzkiej egzystencji. To album na tyle dojrzały, żeby zachwycić i wzruszyć.

Złamane serca, wzloty i upadki, problemy zdrowotne czy kłopoty związane z otaczającą nas rzeczywistością, to tylko część tego, co może przytrafić się w naszym życiu. Z drugiej strony, opozycyjnie można zestawić piękne momenty, w których nam się udaje, a rzucone pod nogi kłody nie wyrządzają szkód ponieważ wokół nas są ludzie, którzy potrafią wesprzeć i podnieść na duchu. Taka jest właśnie debiutancka płyta My Indigo, która w swojej treści jest emocjonalnym rollecoasterem stworzonym z przeżytych na własnej skórze sytuacji. To piękna podróż przez życie Sharon den Adel z której każdy słuchacz może wyciągnąć wnioski.

I w wyrażeniu swoich emocji wokalistka oderwała się od rzeczywistości związanej z dokonaniami artystycznymi Within Temptation. To zupełnie inna półka. Album My Indigo będzie leżał na drugim końcu sklepów muzycznych i jak najdalej od gatunku metalu symfonicznego. Co jest genialne. Chillowo-popowo melodie są idealnym źródłem wyrażania siebie dla osób takich jak Adel – kobieco, delikatnie, co tylko podkreśla jej zmysłowy, głęboko osadzony wokal.

Szokująco, że ta z pozoru prosta płyta w odbiorze, ma tak wiele zmysłowych szczegółów, które sprawiają, że płyta pozornie jednostajna, jest dobrze wyprowadzonym miksem wielu gatunków muzycznych i ich odłamów. Każda kompozycja ma chociażby jakiś minimalny wplot czegoś, co przełamuję tę powszechnie panującą harmonię – czy to chórki, wplot elektroniczny czy dodawanie kolejnej warstwy melodii. W załączonych piosenkach zawsze jest coś przełmującego schemat.

It’s a man’s world that we’re living in
And it’s careless and it’s cold
Our children will reap, reap what we sow…
To every father and son
Every brother and friend
Bring this curse to an end… – „Where Is My Love”

Została zachowana również chwytliwość i ze względu na mocny przekaz, ale dostępny w odbiorze dla przeciętnego słuchacza, te piosenki mają potencjał komercyjny. My Indigo, Out Of The Darkness i Star Crossed Lovers mogłyby wykwitnąć na dobre, radiowe kawałki. Pójdę dalej twierdząc, że Safe And Sound świetnie sprawdziło by się w Konkursie Eurowizji. Sharon wyszła ze swojej strefy komfortu, którą stworzyła w zespole Within Temptation, zrobiła ogromny krok i zaprezentowała coś odważnego. Przełamując schemat wykreowała własną markę i rzeczywistość za sprawą właśnie takich kompozycji.

Od tego wydawnictwa, tak jak wspomniałem na początku, na kilometr bije dojrzałością. To najpiękniejszy aspekt tego albumu, który miażdży konkurencje już na starcie. Ona w przepiękny sposób emanuje odwagą, roztropnością i doświadczeniem. Nie tylko na płaszczyźnie lirycznej, ale także produkcyjnej i wokalnej. Świadoma swego głosu robi co chce – bawi się wokalizami, sama sobie śpiewa genialne chórki oraz długimi dźwiękami zgrabnie przebiega pomiędzy rytmicznymi i zwiewnymi melodiami.

My Indigo nie może być jednorazowym projektem, powołanym tylko po to, żeby stanowił odskocznie od nieco cięższej i mroczniejszej codzienności Sharon den Adel. Artystka, ze swoim porcelanowym, delikatnym głosem zdziałałaby wiele w takich klimatach jak tytułowe My Indigo. To na pewno ciekawe doświadczenie dla Niej, jak i jej wiernych fanów. To także dobry sposób zainteresowania nowego targetu do nie tylko swojej osoby, ale także twórczości Within Temptation.

Czytaj również