Muzyka jest kobietą, a udowodniło to kilkanaście z nich. Relacja z Women’s Voices 2021

Tegoroczna edycja Women’s Voices za nami, ale wspomnienia pozostaną na długo w naszej pamięci. Cóż to było za wydarzenie! Oto co nas zaciekawiło i za czym będziemy tęsknić.

Women’s Voices to coroczna impreza muzyczna na której nie ma większych ograniczeń stylistystych, a jedynym wyznacznikiem jest fakt, że na scenie swoje umięjętności wokalne pokazuje płeć piękna. Hasłem tegorocznej edycji było „Girl Power”, które najlepiej pokazane zostało w koncercie wieńczącym całe wydarzenie. Przed nami stanęło w sumie siedem kobiet, które pokazały kto tak naprawdę rządzi na scenie. Tymi wokalistkami były Paulina Przybysz, Monika Borzym, Ania Karwan, Kasia Lins, Margaret, Rosalie oraz raperka Ryfa Ri, a repertuarowo sięgnęły po klasyki Janelle Monae, Bjork, Roisin Murphy czy Beyonce. Pomiędzy utworami na telebimie pokazano wypowiedzi artystek dotyczących kwestii światpoglądowych, feminizmu, uczuć i o tym, co sądzą na zadane im tematy. Piosenki dobrano tak, aby były odpowiedziami na zadane wcześniej pytania i tezy. Wszystko to pokazało jak każda z nich jest inna i zarazem wyjątkowa. Jak różnią się, ale zarazem łączą w muzyce. Tytułowa Girl Power to przyjaźń, ale i możliwość wypowiedzenia się w wielu kwestiach, których im się odmawia. Muzyka jest kobietą i udowodniło to kilka tych utalentowanych artystek.

Dyrektorem artystycznym festiwalu jak co roku była Paulina Przybysz, która swoją twórczością udowadnia, że za pomoca muzyki można mówić o wszystkim co nas otacza i dzielić się z tym ze słuchaczami. To ona otworzyła festiwal setem złożonym z piosenek z najnowszej płyty i doskonale wprowadziła słuchacza w nastrój festiwalu. Ten natomiast był przełamaniem każdego tabu i prezentacją tego, jak wielki jest przekrój muzyczny i koloryt polskich wokalistek. Zacznę od tego, że moim odkryciem tego festiwalu jest Zalia, której wcześniej nie znałem, a która bardzo podpasowała mi i repertuarowo i wokalnie. Mocny, lekko soulowy głos zderza się tu z autorskimi piosenkami, które wciągają słuchacza w jej świat. Premierowo zaprezentowany nowy singiel udowadnia tylko, że wkrótce może być o niej naprawdę głośno. Do tego sposób pokazania swojej twórczości i sceniczny image – wszystko to niedługo może ziścić się sporym sukcesem. Bardzo ciekawy byłem także występu Natalii Szroeder, na której koncercie nigdy nie byłem. Jej ostatnie piosenki bardzo mi imponują i zostają na długi czas na mojej playliście. Jeśli ktoś chciał jej odmówić wyrazu i charyzmy, to na tym koncercie mógł się przekonać, że jest mocną i zdecydowaną wokalistką. Wokalnie nie można nic jej zarzucić, z niecierpliwością czekam na zapowiadaną płytę.

Pewien niedosyt czułem jednak po występie grupy Shyness!. Pomimo dobrego materiału mam wrażenie, że dziewczyny są trochę zagubione na scenie i brak im obycia z nią. Mimo wielkiej sympatii do Iwony Skwarek, którą pokochałem za duet Rebeka, trzeba wyciągnąć wnioski i iść dalej. Może na następnym koncercie mnie do siebie przekonacie? To przekonanie zdecydowanie zyskałem na koncercie Marii Peszek, którą muzycznie spotykam dość często i która za każdym razem udowadnia mi, że muzyką można opisać rzeczywistość nas otaczającą za pomocą prostych przekazów i słów. Tę bezpośredniość naprawdę kochają tłumy.

Drugi, mocniejszy moim zdaniem składowo dzień, rozpoczęła niezwykle utalentowana Ania Karwan, której droga na szczyt była naprawdę długa. Konsekwentne dążenie do celu spowodowało jednak, że wydała debiutancką płytę i zyskała wielkie grono fanów. Po jej koncercie wiem na pewno, że jest to jedna z najlepszych głosowo wokalistek, a jej barwa zapada naprawdę w pamięć. Świetnie prezentuje swoje piosenki i mam wrażenie, że żadna inna wokalistka w Polsce by sobie z nimi tak doskonale nie poradziła. Aniu, czekam na nowy materiał. Mam nadzieję, że uda nam się zetknąć muzycznie jeszcze nie raz, a nasz „pierwszy ra”z będę wspominam niezwykle miło!

Dużym przełamaniem repertuarowym był występ Margaret, której zmiana stylizacji bardzo mi zaimponowana. Jej radiowe piosenki lubiłem, ale zawsze mi czegoś brakowało. Autentyczności nabrała w hip-hopowym odcieniu muzyki urban. Jeśli ktoś będzie jej wciąż zarzucał, że nie umie śpiewać, to polecam przejść się na jej koncert. Nie każdy musi mieć wokal na skalę Whitney Houston, aby odnajdywać się w tym co robi. Maggie udowadnia, że w nowej stylistyce czuje się jak ryba w wodzie, a jej nowe wcielenie zasługuje na miliony lajków. Zupełnym przeciwieństwem Margaret był występ Brodki, na którą czekałem najbardziej. To ona konsekwentnie nie ogląda się za siebie i z każdą kolejną płytą udowadnia, że jest naszym dobrem eksportowym. Nowa płyta zatytułowana Brut brzmi na żywo niesamowicie, a nowe aranżacje starszych piosenek świetnie komponują się z resztą materiału. To tylko pokazuje jak jest utalentowana i jaką kompletną artystką jest. Po godzinnym secie miałem lekki niedosyt – czekam zatem na koncert w ramach nowej trasy.

Tuż przed wcześniej zapowiedzianym przeze mnie koncertem zamknięcia swoje umięjętności zaprezentował także Natalia Przybysz. Wokalistka jeszcze rano była w Grecji, a na koncert do Bydgoszczy wróciła jakby z nową energią. To wciąż jedna z moich ulubionych polskich wokalistek.

Chciałbym serdecznie podziękować Paulinie Przybysz za świetne artystyczne zorganizowanie festiwalu. To jej pomysłowość, znajomość rynku i chęć pokazania się z innej strony, pokazują jak wszechstronną jest artystką. Do zobaczenia za rok!

Czytaj również