Muzyczne opowieści i bezpieczna przystań. Sting – The Bridge (2021)

Inne recenzje

Ten rok to okres, gdy z nowymi wydawnictwami powrócili artyści czy zespoły, mający w historii muzyki już status legendy. Do tego grona dołączył właśnie Sting, wydając album, zatytułowany The Bridge. Co po latach ma do zaoferowania jeden z najbardziej cenionych brytyjskich muzyków?

Pod koniec sierpnia Sting oficjalnie ogłosił premierę swojego najnowszego, piętnastego z kolei albumu studyjnego. Projekt został zatytułowany The Bridge, a pierwszym singlem go promującym został utwór If It’s Love. Projekt powstał podczas ogólnoświatowej pandemii, a jego głównymi tematami są, według słów samego artysty, różne skutki obecnej sytuacji życiowej – strata, oddzielenie, blokada oraz społeczne i polityczne niepokoje. Stąd pomysł, by:

Piosenki, które złożyły się na album były pomostem pomiędzy jednym a drugim miejscem, między jednym stanem umysłu a innym, pomiędzy życiem a śmiercią, między pandemiami i epokami – politycznie, społecznie i psychologicznie, wszyscy tkwimy w czymś pośrodku. Potrzebujemy tego tytułowego mostu.

wyjaśnił koncept swojego najnowszego albumu Sting.

The Bridge nie było w planach muzyka – jego stworzenie stało się za to sposobem na to, by poradzić sobie z nietypową sytuacją zamknięcia, w jakiej się znalazł. Jak zdradził w rozmowie z magazynem “Billboard”:

[…] zaczynałem codziennie o 10:00 rano i pracowałem do kolacji. To utrzymywało mnie przy zdrowych zmysłach. Miałem szczęście, bo wiem, że nie każdy mógł sobie na coś takiego pozwolić.

Płytę ilustruje bardzo oszczędna i pasująca do ogólnej tematyki i klimatu krążka, oprawa graficzna. Na czarno-białej okładce, w centrum której znajduje się Sting, wyróżnia się jedynie umieszczony z boku pasek, przechodzący od koloru jasnej żółci do ciepłej pomarańczy, niejako kojarzący się z tytułowym mostem.

No dobrze, a co z warstwą muzyczną? Album otwierają piosenki wydane jako single. Zapowiadająca cały projekt If It’s Love to bardzo pogodna powiedziałabym wręcz słoneczna pozycja, równie optymistyczna pod kątem warstwy tekstowej. To chyba takie wezwanie, by nawet w tych trudnych czasach uśmiechać się i kochać, bo te dwa stany są antidotum na wszystko. Wszystko super, świetnie  muzycznie, ale czy jednak taki tekst i wybór go na pierwszy singiel to rzeczywiście szczęśliwy wybór, jeśli tworzy się album, dla którego natchnieniem była pandemia? Sting jako autor tekstu stawia się w mocno uprzywilejowanej pozycji – nie każdy w tym okresie budził się (i nadal budzi) z uśmiechem na twarzy. I to jest okej, wmawianie ludziom, że miłość wystarczy, by się cieszyć jest już passe.

Lepiej pod kątem tematyki wypada Rushing Water, czyli drugi singiel z albumu. Przypadnie do gustu fanom artysty, bo mocno osadzony jest w klasycznym, rockowym brzmieniu – uwagę przykuwa już otwierająca całość perkusja z charakterystycznym rytmem. Dużo robi też powielony głos Stinga. Tekst numeru odwołuje się do tematyki biblijnej, tak jak The Book of Numbers. Ta piosenka mocno zaskakuje, zaczynając się niczym klasyczny numer z pogranicza rocka i popu, by nabrać majestatycznego, otoczonego dźwiękami trąbki, charakteru w refrenie. 

Bardzo współcześnie brzmi z jednej strony, a z drugiej najmocniej przypomina dawne dokonania Stinga, utwór Loving You. Za te świetne brzmienie odpowiada Maya Jane Coles – trzydziestotrzyletnia producentka muzyczna, brytyjsko-japońskiego pochodzenia, specjalizująca się w muzyce z gatunku house. To nietypowe połączenie zaowocowało najlepszą piosenką z całej płyty, mającą największe szanse ze wszystkich tu zebranych na uzyskanie miana klasycznej. To ona powinna promować cały projekt – nazwisko Coles i nowoczesne brzmienie przyciągnęłoby młodszych słuchaczy, a typowy, stingowy klimat usatysfakcjonowałby wiernych fanów muzyka. Też temat trudnej, toksycznej wręcz miłości, złamanego serca dużo tu pomaga – utwór bywa pod tym kątem porównywany do Every Breath You Take, a to już nie jest byle co. Podobna jest w tym kontekście For Her Love, muzycznie przypominając legendarny Shape Of My Heart. Jeśli miałabym rozpatrywać oba utwory w kontekście pandemii, to świetnie oddają one kwestię problemów w związkach, relacjach, które pojawiły się w momencie tej nietypowej sytuacji – rozdzielenia na długi czas, bądź wręcz przeciwnie – przebywania ze sobą niemal przez każdą chwilę.

Harmony Road nie wyróżnia się zbytnio pod względem muzycznym, powiedziałabym, że wręcz nudzi (no poza prześliczną solówką na saksofonie, za którą odpowiada Branford Marsalis). Mocną stroną jest tu jednak warstwa liryczna. Tekst błyskotliwie i w punt łapie temat nierówności społecznych, przedstawianych z perspektywy podmiotu lirycznego, który chce przekroczyć swoją pozycję. Takiego Stinga lubię – temat klas społecznych nie jest mu obcy, poruszał go już w ramach projektu The Last Ship.

Na The Bridge nie zabrakło utworów wręcz folkowych, stanowiących muzyczne opowieści. Grupę tą otwiera przyjemny The Hills on the Border. Dużą uwagę zwraca Captain Bateman, czyli numer oparty na angielskiej piosence ludowej z XII wieku – świetne połączenie folku i współczesnego brzmienia. Najgorzej w tym zbiorze wypada The Bells of St. Thomas – muzycznie nuda, tekst – mimo swojego wielkiego potencjału, odwoływań do biblii (znowu), obrazów Rubensa też nie wciąga – do pominięcia.

Utwór tytułowy, równocześnie zamykający podstawową edycję płyty, to piękna ballada z brzdąkającą w tle gitarą. Tekst to swoiste wezwanie do poszukiwań mostów, rzeczy, tematów, aspektów, które współcześnie na nowo połączą podzielone, skłócone społeczeństwa. Szkoda, że utwór jest tak krótki – zdecydowanie zasługuje na nieco bardziej podniosłą wstawkę w dalszej części – ale i tak jest pięknie.


Edycja deluxe albumu wzbogacona została o trzy utwory – Waters of Tyne nie wnosi żadnej wartości muzycznej, tekstowo to kolejna opowieść, Captain Bateman’s Basement to chwytliwy numer instrumentalny, (Sittin’ On) The Dock of the Bay to świetny popowo-rockowa kompozycja, która dużo lepiej sprawdziłaby się na podstawowej edycji niż chociażby The Bells of St, Thomas. Ze swoim luźnym, łagodnym klimatem, świetnym wokalem Stinga (artysta mimo siedemdziesięciu lat na karku nie zawodzi pod tym względem ani przez minutę na całym albumie) nadaje się nawet na singiel.

Trudno nie zwrócić uwagi na to, że tematyką wspólną dla wszystkich utworów z albumu jest woda – pod różnymi postaciami pojawia się tekstowo we wszystkich tekstach, szum słychać zaś w (Sittin’ On) The Dock of the Bay. To bardzo ciekawe – Sting jest już drugim artystą, który w tym roku wydał album, na którym pojawia się tematyka wody – to samo zrobił na krążku Outsider Roger Taylor. Nie da się ukryć, że dźwięk wody jest jednym z najbardziej relaksacyjnych, być może więc ten temat okazał się być idealnym czynnikiem, do którego warto się odwołać, gdy chcemy poruszyć trudny temat wszechobecnej pandemii.

Rozumiem założenie tytułowego mostu, jednak na dłuższą metę nie znajduję na albumie zbyt wielu odwołań do tego niosłego założenia. Najlepiej na tym tle wypadają, także najlepsze moim zdaniem na płycie. utwory, które umieszczone są bliżej normalnej, ludzkiej codzienności, a mniej odpływają w stronę biblijnych czy artystycznych odwołań. Stąd też tak dobrze słucha się Loving You, Harmony Road, For Her Love oraz The Bridge – wniosek jest jednak jeden – najnowsza płyta Stinga to zbiór muzycznych opowieści.

The Bridge to dobry album – muzycznie wszystko się zgadza, warstwa liryczna jest rozbudowana, opowiadająca historie, odnoszące się do obecnej sytuacji społeczno-politycznej. Ja jednak mam wrażenie, że jest to projekt aż do bólu bezpieczny i przewidywalny, nie wnoszący do twórczości Stinga zupełnie nic nowego. The Bridge to Sting, jakiego znamy z jego poprzednich płyt, zwłaszcza tych z początku kariery solowej. Dla jednych to dobrze, dla drugich niekoniecznie – ja jestem chyba gdzieś pośrodku. Wiemy już dobrze, chociażby po albumie 44/876 że muzyk jest w stanie wyjść poza tą swoją popowo-rockową muzyczna strefę komfortu i wypaść w tym naprawdę dobrze i interesująco. The Bridge to chyba swoisty powrót, po tym wydawnictwie oraz po My Songs, na swoje tory. Jest dobrze, ale za bezpiecznie – następnym razem poproszę o coś bardziej w stylu Loving You – wtedy notka będzie wyższa.

Sting - The Bridge
  • Data premiery: 19 11 2021
  • Single: If It's Love, Rushing Water
Najlepsze utwory: Loving You, For Her Love, The Bridge, Harmony Road, (Sittin’ On) The Dock of the Bay, Rushing Water, Captain Bateman
Najsłabsze utwory: The Bells of St. Thomas, Waters of Tyne, If It's Love


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Dominika Pawłowska
Dominika Pawłowska
Kręci mnie kultura, zwłaszcza muzyczna. Słucham dużo starego rocka i metalu, ale na moich playlistach nie brak też dźwięków popu, electro, alternatywy czy R&B. Muzyki słucham praktycznie ciągle, a od kilku lat, mniej lub bardziej poważnie, o niej piszę. Poza muzyką, na co dzień zajmują mnie moje koty - Stefan i Oliver, czytanie, gotowanie i oglądanie sitcomów.

Czytaj również

Ten rok to okres, gdy z nowymi wydawnictwami powrócili artyści czy zespoły, mający w historii muzyki już status legendy. Do tego grona dołączył właśnie Sting, wydając album, zatytułowany The Bridge. Co po latach ma do zaoferowania jeden z najbardziej cenionych brytyjskich muzyków? Pod koniec sierpnia...Muzyczne opowieści i bezpieczna przystań. Sting - The Bridge (2021)