Cofamy się do czerwca 2014 roku. Byłem wtedy studentem II roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Miesiąc ten dla studentów to najgorszy możliwy okres, w którym może wypaść koncert lub wydarzenie muzyczne, ponieważ właśnie wtedy, przynajmniej tak było na moim kierunku, przypada najwięcej egzaminów i zaliczeń. Co najgorsze, studenci zazwyczaj dowiadują się o nich maksymalnie miesiąc przed wyznaczoną datą, co trochę komplikuje planowanie koncertowych eskapad, zwłaszcza, że miesiąc przed dniem występu jakiegoś popularnego wykonawcy w naszym kraju, biletów już praktycznie nie ma. Trzeba wybierać: studia albo muzyka. Lub i to, i to.
Piątku 13 czerwca 2014 nie zapomnę chyba nigdy. Tego dnia w Warszawie w ramach Orange Warsaw Festival występowali Kings Of Leon, zespół, który bardzo lubię, a na którego koncercie nigdy nie byłem. Bilety zakupiłem dobre pół roku wcześniej i po cichu modliłem się, aby tego dnia nie wypadł mi żaden egzamin, czy zaliczenie. Modlitwy nie zostały wysłuchane. Nie dość, że prowadzący przedmiot „montaż telewizyjny” ogłosił tego dnia egzamin, to dodatkowo inny, wykładający „geografię polityczną”, również postanowił zrobić egzamin w tym samym dniu. Żeby mnie dodatkowo dobić, pani od języka francuskiego wpadła na genialny pomysł zrobienia ostatniego dnia poprawy kolokwiów również w piątek. Dwa egzaminy plus dwa kolokwia to sporo jak na jeden dzień. Ale przecież koncert ten odbywał się 5 godzin drogi od Krakowa. Jakoś trzeba było się tam dostać. Wykupiłem bilet autobusowy na godzinę 12:26 (uwierzcie mi, pamiętam to cholernie dokładnie). Mój plan do południa wyglądał więc następująco:
8:30 – egzamin z montażu telewizyjnego
10:30 – egzamin z geografii politycznej
11: 30 – początek pisania kolokwiów z języka francuskiego
12:26 – odjazd autobusu do Warszawy
Czas ewidentnie nie działał na moją korzyść. Byłem pewien, że coś się musi posypać. Że ze stresu nie zdam któregoś z egzaminów, że zaliczenia te będą na tyle wymagające umysłowo, że nie napiszę ich w godzinę, przez co zaburzę swój prowizoryczny harmonogram i nie zdążę na autobus. Dodatkowo był to trzynastego w piątek – dzień przynoszący pecha. Ale nie mnie.
Urodziłem się trzynastego w piątek, ba, mam trzynaście liter w nazwisku, więc data ta zamiast pecha przyniosła mi sporo szczęścia. Nie dość, że zdążyłem na autobus (ledwo co i cały spocony, ale jednak), to później okazało się, że zdałem wszystkie egzaminy i kolokwia (co trzeba uznać za sukces, bo osoby z mojego roku, którym się to udało, można wskazać na palcach maksymalnie dwóch rąk). Gdy usiadłem na swoim miejscu, odetchnąłem, poczułem niesamowitą radość w sercu i odpaliłem na iPodzie album Ghost Stories Coldplay’a (po raz pierwszy przesłuchałem go w całości. Był to spory błąd, ponieważ zdałem sobie sprawę, że to najgorsza płyta Brytyjczyków w ich historii). Po jej odsłuchaniu poszedłem spać i obudziłem się dopiero na dworcu w Warszawie.
Gdy wysiadłem z autobusu, wyglądałem jak skończony wieśniak. Miałem na sobie ubraną niebieską koszulę, szare krótkie spodenki, fioletową bluzę i czarne Vansy z niebieskimi skarpetkami. Co najlepsze, w identycznym stroju podszedłem do wszystkich egzaminów przed południem, więc to cud, że żaden prowadzący nie wywalił mnie z sali na zbity pysk za niezbyt eleganckie ubranie. Ubrany jak dziesięciolatek, i nieco zalatując potem, udałem się w kierunku metra. Wysiadłem obok Dworca Cetralnego, gdzie umówiłem się z dwoma kolegami, którzy dotarli do stolicy samolotem (szczęściarze!). Razem pomaszerowaliśmy w kierunku Stadionu Narodowego – miejsca imprezy.
Już pod areną zacząłem zauważać pewne dziwne symptomy zachowania uczestników. Zamiast rozmawiać o zespołach czy artystach, które będą występować, zajmowali się jedynie robieniem selficzków, a ich żeńska część dyskutowaniem, czy w takich butach będzie się dobrze prezentować pod sceną. Nie! Żadna, nawet nie wiadomo jak ładna dziewczyna, nie będzie wyglądać dobrze na koncercie Kings Of Leon w 15-centymetrowych szpilkach! To chyba oczywiste?
Gdy weszliśmy na płytę stadionu byłem mocno zszokowany. Poczułem się, jakbym wkroczył w miejsce, gdzie za jakiś czas odbędzie się pokaz mody. Dziewczyny i kobiety paradowały w wielokolorowych eleganckich sukienkach, w których dobrze wyglądałyby może na weselu albo studniówce, ale nie na koncercie rockowym (ten dzień festiwalowy był złożony wyłącznie z wykonawców z tego gatunku). Mężczyźni nie odstawali szykownością od swoich koleżanek. Kilku facetów pojawiło się, uwaga, w garniturach! Masa gości przywdziała jakieś dziwne kapelusze, sztyblety, spodnie z wykwintnych materiałów, które pękłyby po pierwszym rozwarciu nóg na więcej niż 30 stopni. Generalnie fura, skóra i komóra pełną gębą. Lans pierwsza klasa.
W tekście tym nie byłbym może aż tak pogardliwy dla tych osób, gdyby nie kluczowy fakt – ci ludzie nie przyszli tam dla muzyki, tylko po to, żeby tam „być”. Ze znajomymi dotarliśmy na miejsce kilka godzin przed występem KoL, by znaleźć w miarę przystępne miejsca. Kiedy przyszliśmy, po płycie przewijało się sporo osób w nowiutkich Air Maxach i świeżutkich kreacjach z Zary. Dziwiło mnie, że zamiast kierować się w stronę sceny, na której występowali wtedy Pixies, stali na środku płyty i pozowali do zdjęć robionych swoimi iPhone’ami. Gdy przechodziliśmy obok takiej grupki, usłyszałem słowa jednej ze stojącej w niej dziewczyn: Dobrze, że przyszliśmy trochę wcześniej, bo możemy porobić sporo zdjęć na spokojnie, tak bez tłumów.
Gdy zaczął się koncert Kings Of Leon, znaczna część publiki oddała się szaleństwu muzyki. Ale nawet wtedy zauważałem sporo osób, które zamiast cieszyć się występem, za który zabulili ponad 300 złotych, robili jakieś durne miny do zdjęć i bardzo, bardzo naturalnie się do nich uśmiechali (ironia). Gdy widziałem te obrazki, w głowie mej za każdym razem pojawiały się pytania: Po co? Dlaczego? Czy nie szkoda im nie tylko wyrzucania w błoto sporej ilości pieniędzy, ale także przyjemności podziwiania zespołu na światowym poziomie? Jak widać – nie.
Tu kończę swoją historię i przechodzę do analizy tamtej sytuacji. Co ona pokazuje? A no to, że tego typu festiwale rzeczywiście mają ogromną widownię, ale trzeba też odnotować to, że sporo osób przychodzi na nie jedynie po to, by zwyczajnie się polansować. By strzelić fotkę, którą potem wrzuci się na Fejsa i oznaczy „byłem tu!” tak, jakby właśnie od tego zależał czyjś status społeczny.
Oczywiście nie chcę generalizować i nie wrzucam do jednego wora wszystkich festiwali. Tylko te najbardziej popularne, z dużym sponsorem tytularnym, przyciągają do siebie ludzi, którym nie do końca zależy na samej muzyce. Nigdy nie byłem na Open’erze. ale mój kolega ze studiów od kilku lat jeździ do Gdyni. Jest fanem muzyki, który kupuje karnet po to, aby cieszyć się koncertami klasowych artystów. Kiedyś spytałem go wprost: czy nie jest trochę tak, że na ten festiwal przybywa też spora liczba lanserów. Odpowiedział, że tendencja ta jest rzeczywiście coraz bardziej rozwojowa. Podkreślił, i ja też to zaznaczam, że jest tam masa prawdziwych miłośników muzyki, ale zdarzają się też takie osobniki, które łażą po błocie w nowych conversach lub gumiakach marki Hunter za 400 złotych i kompletnie nie zwracają swojego wzroku w kierunku którejś ze scen.
Inna historia. W wakacje spotkałem się ze znajomymi z liceum na grillu. Był to koniec czerwca. Jeden z nich powiedział, że chyba wybierze się na Open’era. Spytałem, na czyj koncert najbardziej będzie czekał. Odpowiedział, że nawet nie wie, kto tam występuje, ale zebrała się fajna ekipa z jego roku, więc do nich dojedzie. Nie mnie oceniać jego wybór. Jednak to pokazuje jedno – na najbardziej komercyjnych festiwalach publiczność należy liczyć bardziej ilościowo, a nie jakościowo. Czy taki stan rzeczy należy oceniać negatywnie? Chyba nie. Organizator jest szczęśliwy, bo zyski z przychodów są spore. Publika jest szczęśliwa, bo bawi się w towarzystwie sowich znajomych na dobrej imprezie. Wykonawcy są też szczęśliwi, bo grają dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Generalnie wszyscy są zadowoleni. Tylko, cholera, czuję jakiś spory niesmak.


