Mumford & Sons to z całą pewnością jeden z najciekawszych pop-rockowych projektów ostatnich lat. Swoją prostą, melodyjną i śmiało czerpiącą z folk rocka muzyką błyskawicznie oczarowali cały świat. Ich krążki pokrywały się wielokrotnie platyną a kawałki takie jak The Cave, czy Little Lion Man na stałe weszły do kanonu muzyki współczesnej. Moi drodzy, przed wami Mumford & Sons i ich najnowsze wydawnictwo – Johannesburg.
Muszę przyznać, że do Johannesburga podeszłam nieco sceptycznie. Po pierwsze z natury jestem osobą dosyć nieufną, po drugie (i zapewne bardziej istotne dla tej recenzji) jestem zawsze nieufna względem duetów. Oczywiście jest garstka tytanów sceny, którrzy sprawdzają się w każdej konfiguracji, jednak kiedy idzie o zespół stosunkowo świeży i niezbadany przepełniają mnie obawy – czy zespoły na pewno będą potrafiły współpracować i wydać twórczy owoc tego muzycznego spotkania? czy jedna gwiazda nie przyćmi drugiej, zamierzony duet zamieniając w jednostronny monolog? czy będę w stanie doszukać się w ich pracy znanych i cenionych przez siebie artystów? Sprawdźmy jak jest w tym wypadku!
Płytę otwiera pełne egzotycznej, bardzo ciepłej i letniej stylistyki There Will Be Time. Juz od pierwszych taktów słyszymy, że mamy do czynienia z czymś, co nieco odbiega od klasycznego brzmienia Mumford & Sons – to zasługa gościnnego udziału na całym albumie senegalskiego wokalisty i kompozytora, Baaba Maala. Ten południowy, przywodzący na myśl silną ornamentację i rozpalony piasek pustyni głos należy właśnie do niego. Nie bez znaczenia dla klimatu utworu pozostaje wprowadzenie mocno zaakcentowanych i zdynamizowanych bębnów, które fantastycznie komponują się z duetem wokalnym panów. Przyjemny, pogodny numer.
Singlowe Wona rozpoczyna się dość wysoko na pięciolinii i oscyluje wokół jasnych, słonecznych dźwięków gitary. Nie wiem jak wy ale ja mam przed oczami pierwsze promienie letniego słońca i ten leniwy widok plaży, która dopiero zaczyna ożywać. Utwór utrzymuje dość wysokie ale w żadnym wypadku nie prowadzące do palpitacji i rozdrażnienia tempo. Dzięki temu, że w refrenie do tej pory dotrzymujący instrumentom kroku wokal nieco zwalnia, pociągając za sobą również resztę elementów utwór nabiera nieco bardziej refleksyjnych rumieńców, by po chwili ponownie zanurzyć nas w radosnej fali dźwięku.
Fool You’ve Landed to jeden z tych kawałków, które na pewno kojarzą wam się ze wszystkimi komediami romantycznymi, których akcja działa się podczas wakacji, na słonecznych plażach Kalifornii. Znacie ten klimat – tropikalne drinki z parasolką, dziewczyny z kwiatami we włosach i chłopcy z gitarami i dredami. Dokładnie taki jest ten kawałek – rytmiczne, plemienne bębny, dość wysoki, kołyszący i rozleniwiony wokal i wycofane do pozycji tła struny. Jestem absolutnie przekonana, że w którymś z plażowych klubów na wybrzeżu ten kawałek już brzmi! Podobnie sprawa wygląda w przypadku Ngamila.
Si Tu Veux po słonecznej i rozpalonej żarem lata pląsaninie z poprzednich utworów wydaje się przynosić przyjemny chłód. Utwór nieco spada na pięciolinii, czemu towarzyszy również obniżenie nastroju, który tutaj jest już nieco refleksyjny. To oczywiście przede wszystkim zasługa spadku tempa artykulacyjnego i wprowadzenia dość pokaźnych partii nuconych, które znacznie ochładzają klimat. Nie bez znaczenia są również syntezatory, które utrzymują nastrój sennego zawieszenia. Chyba najciekawszy utwór na albumie.
Wiecie co, To nie jest zła płyta. Mocno wczepiła się słoneczną, plażową, bardzo duszną stylistykę i nie odstępuje jej na krok. Na pewno będzie przyjemnym tłem dla każdej z Waszych wakacyjnych wypraw, jeśli natomiast podobnie jak ja, oczekiwaliście więcej Mumford & Sons w Mumford & Sons, to będziecie mocno zawiedzeni, bo „Johannesburg” to przede wszystkim etniczny duet z Baabą Maalem. Artysta, choć pojawia się tutaj gościnnie, jest na tyle charakterystycznym głosem, że całkowicie zdominował album. Niezły ale ja osobiście wolę klasyczną stylistykę M&S-ów.


