Wakacje w środku zimy? Czemu nie! Pomimo chłodu na zewnątrz, w środę, w Auli UAM można było poczuć się jak na ciepłej wyspie. A to za sprawą Julii Pietruchy, która odwiedziła Poznań w ramach drugiej odsłony swojej trasy Postards Form The Seaside. Zapraszam Was na mały rejs po tym pietruszkowym morzu!
Weszłam do eleganckiej sali, znalazłam swoje miejsce i przyjrzałam się scenie. Malutki stoliczek z dostojnym żaglowcem stał na środku, przy mikrofonie. Na podłodze leżały dywany, przy instrumentach stały drewniane krzesła z siedzeniami w kolorze butelkowym. Między nimi rozstawiono piękne, wysokie lampy z witrażowymi kloszami, a nad sceną unosiło się kilka zwiewnych meduz. Wszystko to znajdowało się na aksamitnym, morskim tle, a ja poczułam się jakbym znalazła się na środku morza w łajbie pełnej wesołych marynarzy.
Światła przygasły i na scenę, niczym bogini mórz weszła Julia Pietrucha. Bosa, w pięknej, kwiecistej sukni, z ukulele w dłoniach i zaraźliwym uśmiechem na twarzy. Wybrzmiały pierwsze kojące dźwięki tej nadmorskiej przygody, czyli utwór Once Every Day.
Wokalista oraz jej zespół od samego początku byli w wyśmienitych humorach! Miałam wrażenie, że tak dobrze bawili się w swoim towarzystwie, że mogliby grać w pustej sali dla samych siebie. Na szczęście również mogliśmy być częścią tej wyśmienitej zabawy! Pięknie się ogląda tak zgrane ekipy na scenie i szczerze mówiąc, czasem trudno było mi skupić się na samej Julii. Tyle się działo wokół niej!
Po dawce pozytywnej energii w postaci utworów Friends i Who Knows przyszedł czas na trochę mroczniejsze klimaty. Usłyszeliśmy Ewkę i magiczną Medeę. Atmosfera, która wytworzyła się podczas tych utworów zrobiła jakieś spustoszenie w mojej głowie. Tak jakby na tym, jeszcze chwilę temu spokojnym i przejrzystym, morzu rozpętała się ogromna burza.
Na szczęście szybko wzeszło słońce i ukoiły nas dźwięki skrzypiec zapowiadające utwór Sailor. W międzyczasie muzycy wciąż próbowali zaprosić trochę nieśmiałą poznańską publiczność do wspólnej zabawy. Serwowali nam żart za żartem niczym w nadmorskiej tawernie. Przełomowym momentem okazał się szalony Stand Still, który ożywił nie tylko publiczność, ale także samą wokalistę, która dała się ponieść tmy tanecznym dźwiękom.
Julia postanowiła część koncertu poświęcić swojemu koledze z zespołu – Kubie Jaźwieckiemu, który właśnie skończył pracę nad własną płytą. Wspólnie wykonali utwór z repertuaru gitarzysty o wdzięcznym tytule – Piosenka. Nie oczekiwałam wiele, a muszę przyznać, że totalnie się wzruszyłam. Kuba to niesamowicie wrażliwy artysta, a jego wokal połączony z głosem Julii przyprawił mnie o ciarki. Ich duet był zdecydowanie jednym z piękniejszych momentów tego koncertu, a to trudne nazwisko (przypomnę: Jaźwiecki) warto sobie zapisać i zacząć obserwować – szykują się piękne rzeczy!
Ale wróćmy do pietruszkowego morza, nad którym znów zebrały się chmury. Utwór Mindless Crime to kolejna dawka intensywnych emocji i popis niesamowitych umiejętności muzycznych zespołu oraz… Oświetleniowca, który podkreślał to, co słyszeliśmy ciarkotwórczymi efektami wizualnymi. Dużo się wtedy działo na scenie i ten utwór dostarczył mi chyba najwięcej wrażeń. Prawdopodobnie zresztą nie tylko mi, o czym świadczyły wyjątkowo długie brawa.
Na scenie pozostała sama Pani Kapitan tego okrętu. Julia Pietrucha, pianino i utwór Niebieski. Trudno się nie wzruszyć, zwłaszcza po tej dawce emocji, której dopiero co doświadczyliśmy. Obawiałam się trochę, że to już koniec i zespół opuści nas w takim smutnym nastroju. Na szczęście nie! Muzycy wrócili na scenę i pożegnali nas gorącym słońcem, które płynęło z utworów Tonight i Nie Potrzebujemy Nic, podczas których nawet nasza nieśmiała publiczność poderwała się z miejsc do tańca i śpiewu!
Nie zabrakło oczywiście bisu, w ramach którego usłyszeliśmy Living on the Island w zupełnie nowej aranżacji. Przyznaję się, że w ogóle nie poznałam tej piosenki, choć tak ją uwielbiam! A na pożegnanie, coś zupełnie magicznego… Utwór, który złapał mnie za serce już podczas pierwszego odsłuchu płyty Postcards From The Seaside. Heaventually. Na samo wspomnienie po plecach przechodzą mi ciarki. To, co Julia potrafi zrobić ze swoim głosem przeszło moje najśmielsze oczekiwania, a ten ostatni moment koncertu na długo pozostanie w mojej głowie.
No i przyszła pora, aby opuścić ten radosny pokład. To był najpiękniejszy rejs, jaki miałam okazję odbyć w moim życiu. Nie pozostaje mi nic innego, jak wysłać Wam tę niecodziennie długą pocztówkę z tego wieczoru i zaprosić do kolejnych portów, w których zacumuje pietruszkowy okręt. Ahoj!

