Kilka dni temu oglądałam na YouTubie występy różnych wokalistów, którzy wtedy dopiero rozpoczynali wydeptywać swoją drogę w różnych programach telewizyjnych. Taką osobą była też Monika Brodka. Koncert? Już po pierwszych dźwiękach można oniemieć, jak bardzo rozwinęła się muzycznie przez te lata.

Koncert odbył się w katowickim Mega Clubie. Była to ostatnia możliwość wysłuchania trasy BRODKA TOUR. Monika zaśpiewała zarówno utwory z ostatniego albumu Clashes, jak i te z Grandy, wszystko w przeróżnych aranżacjach. Dużym zaskoczeniem było wykonanie utworu Ten z 2004 roku! Dobrze, kiedy artysta wraca do swojej wcześniejszej twórczości, nawet jeśli daleko odbiega od obecnego nurtu.
Chciałabym też z Wami podzielić się swoimi przemyśleniami. Pierwszy raz zdarzyło mi się nie być w początkowych rzędach. Jestem niska i zawsze wolę widzieć artystę niż plecy przypadkowego uczestnika. Wczoraj jednak wylądowałam na samym tyle i bardzo dużo zachowań zaczęło mnie kuć. Po prostu kuć. Nie mam nic do włączonych smartfonów, sama tak robię, nagrywając dla Was mini relacje. Pierwsze, co przykuło moją uwagę. Jakaś para świetnie się bawi. Śpiewają, tańczą. Kilka razy zostaję uderzona włosami po twarzy. I co z tego? Uśmiecham się do nich, nie przeszkadza mi to. Zaraz potem widzę wzroki pełne nienawiści na wyżej wymienioną parę. Ludzie! Wyciągnijcie kije, to koncert!
Druga kwestia. Nie mogłam skupić się na odbiorze. Ciągle ktoś wchodził, wychodził. Zamiast Dancing Shoes, było odsuwanie się co sekundę. Bo trzeba iść po piwo, bo coś tam. A inni w moim obrębie urządzają sobie klub dyskusyjny i słyszę o ich trudach życia. Ludzie, po co w takim razie przychodzicie na koncerty?

















