Moby debiutował w 1992 roku albumem Moby, ale sławę przyniósł mu dopiero wydany w 1999 album Play, którym z miejsca podbił listy przebojów. Każdy z kawałków z tego legendarnego już krążka doczekał się wykorzystania w filmach, serialach i reklamach, co było wydarzeniem bezprecedensowym w historii muzyki rozrywkowej. O nowym albumie Moby wypowiada się jako o swoim największym osiągnięciu, o tworze, na który czekał całe życie. To dosyć mocne stwierdzenie jak na 47- letniego już muzyka, który lata świetności przeżywał dość dawne temu, a jego dwa ostatnie krążki spotkały się z miernymi ocenami krytyków. Czy Moby’emu udało się po jedenastu latach doścignąć swoje największe dzieło, jakim był Play?
Innocents otwiera bardzo znajomo brzmiące Everything That Rises. Oszczędny, niespieszny perkusyjny beat, i dużo smyczków. Takiego Moby’ego znam i takiego Moby’ego lubiłem, tylko, że po jedenastu latach stosowania sprawdzonej formuły, troszkę jakby się już przejadła, to co grało w Porcelain w 1999 roku, niekoniecznie gra w 2013. Nie zrozumcie mnie źle, przyjemnie się tego słucha, ale to nic nowego, nic odkrywczego. Mocno wymęczony przepis na kawałek według Moby’ego. Na szczęście już w następnym utworze okazuje się, że artysta nie ma zamiaru wciąż raczyć nas odgrzewanymi kotletami. A Case For Shame (with Cold Specks) to świetna ballada wspierana głosem Al Spx – wokalistki kanadyjskiego zespołu Cold Specks. Niski, lekko zachrypnięty głos, prosta linia klawiszy i oczywiście nieodłączne smyczki – jednak tym razem jest świeżo, przyjemnie i klimatycznie.
Kolejny utwór to Almost Home (With Damien Jurado). Amerykański wokalista nadaje temu kawałkowi charakteru swoim falsetem, i właściwie gdyby nie on to kompozycja nie wyróżniałaby się bardzo spośród innych utworów Moby’ego. W moim odczuciu generalnie najlepszymi ścieżkami na krążku są kolaboracje, które na szczęście tutaj dominują. Utworom instrumentalnym wyraźnie zabrakło inwencji, i mocno się dłużą, na przykład takiego Saints nie jestem w stanie dosłuchać do końca, bo już w połowie zaczynam wiercić się z nudów. Going Wrong muzycznie oddaje tytuł tylko połowicznie, bo kawałek faktycznie brzmi nie najlepiej, ale nigdzie nie idzie. stoi w miejscu od początku do końca, przez chwilę dając nadzieję, na jakieś rozwinięcie, ale pojawiające się w tle (oczywiście) smyczki zaraz cichną i utwór wraca do swojego pierwotnego stanu. Prosta, powtarzalna linia melodyczna i jeszcze mniej skomplikowana perkusja nie poprawiają sytuacji. Znowu wieje nudą i to samo można powiedzieć o innych kawałkach z Innocents bez nawiasów w tytułach. Na szczęście te z nawiasami, czyli kolaboracje, są co najmniej dobre, a kilka z nich nawet świetne. Trip-hopowe Don’t Love Me (with Inyang Bassey) jest niesamowicie klimatyczne, instrumentalnie bogate, pełne świetnie zastosowanych efektów, a wokal Inyang przywodzący barwą na myśl Sarę Vaughan przyprawia mnie o ciarki na plecach. Doskonałe gitarowe wstawki i miękki bas, do tego barowe pianino i jazzująca perkusja sprawiają, że kawałek nie nudzi, pozwalając przy każdym przesłuchaniu odnaleźć nowe niuanse. Najbardziej jednak spodobał mi się The Lonely Night (with Mark Lanegan) z głębokim, niskim wokalem prowadzącym cały utwór. Przytłumione, nieco zniekształcone tło pełne szumów tworzy niesamowitą przestrzeń, a były wokalista Queens Of The Stone Age wypełnia ją swoim barytonem. Jest magicznie.
Innocents nie sprostało zapowiedziom Moby’ego, jednak nie jest złym albumem, i być może wydany pięć, sześc lat temu, wywołał by u mnie inną reakcję, jednak za dużo na nim nudy i pustych miejsc, które zostały wypełnione nudna już smyczkową papką. Na krążku znalazło się kilka świetnych kawałków, ale to nie wystarczy, by nazwać album największym dziełem Moby’ego. Najlepsze albumy już były i niestety szczerze wątpię by artysta jeszcze mnie czymś zaskoczył.


