Z Mikromusic jest tak, że gdy zapowiadają swoją nową płytę, nikt nie spodziewa się złego materiału. Zespół wyrobił sobie już pewną renomę i utrzymuje wysoki poziom swojej twórczości, mimo że wciąż dodają od siebie coś nowego. Nie dajmy się też zwieść nazwie – tak naprawdę mamy tu bogactwo dźwięków, które aż zaprasza do siebie. Pocałuj, pokochaj, zrób z nim co chcesz – ale na pewno nie pochowaj.
Piąta studyjna płyta to również pokazanie piątego oblicza zespołu. Zanim jednak zagłębię w materiał zawarty na płycie, chciałbym odnieść się do okładki. To jeden z najciekawszych artworków ubiegłego roku, które obrazowały polskie płyty. Czerwone, stonowane tło, na którym ujawnia się kobieta. Strzał w dziesiątkę – dowód na to, że polskie albumy też mogą mieć ładne okładki.
Materiał zawarty na Matce i żonach jest naprawdę bogaty, ale przy tym bardzo spójny. Utwory są ułożone w takiej kolejności, aby można było piosenka po piosence odkrywać co nowego przygotował dla nas Mikromusic. Jednocześnie nie mamy tu potrzeby przełączania któregoś z utworu, choć nawet jeśli byśmy to zrobili, to spójność ta wciąż by tu funkcjonowała. To jest zaleta dobrej płyty, a nie jak bywa to przy niektóry (jak chociażby jazzu). Co nie oznacza jednak, że przy jakiś utworach nie przewijają się smaczki tego gatunku. Przedsmak płyty otrzymaliśmy natomiast już rok przed wydaniem owego albumu. Piosenka Lato 1996 z lekko melorecytacyjnym tekstem staje się po wydaniu albumu, jedną z jego wizytówek. Zwróćcie uwagę na bogaty aranż, który przebija się tu na równi z wokalem.
Album rozpoczyna jednak utwór Krystyno, który jest jedną z najlepszych kompozycji na płycie. Sensualny wokal prowadzi nas po stonowanej melodii, aż do końcówki, gdzie mamy pewne wyciszenie brzmiące bardzo chóralnie. W melodii przeszkadza mi jedynie fortepianowa wstawka, która nieco wybija z rytmu słuchacza. Żadnych zarzutów nie mam za to przy innym singlu, Bezwładnie, w którym gościnnie udziela się Skubas. To kwintesencja ballad z jakich słynie zespół i co najważniejsze świetnie dobrany gość, który odnajduje się w takich brzmieniach. Ciągnące się zwrotki prowadzą do równie ciągnącego się refrenu. To jednak nie jest zarzut – to styl świetnego avant-popowego grania.
Idąc dalej Mikromusic wciąż trzyma się swojego poziomu. Zespół zadbał, aby każda piosenka przyciągnęła słuchacza. Osobiście do gustu przypadła mi w nich pewna niespotykana dotychczas na naszym rynku dynamika, która się przewija w większości utworów. Mamy tu chociażby Matkę Teresę, ze zwrotkami nabitymi na odważny bit (choć dziwnie to brzmi patrząc na Mikromusic) i równie dobry refren z trochę zmienionym głosem. Trzeba przyznać, że mimo wszystko jest to trochę melancholijne. Taka sensualność w głosie wokalistki stała się już wizytówką zespołu. Dalej mamy przecież Po co ja tu jestem – utwór, który brzmi i melancholijnie i zarazem optymistycznie; oraz Zakopole, które od samego początku raczy nas zmianą akordów i ponownie ciągnącym się w najlepsze głosie Natalii Grosiak.
Płyta zaskakuje kilkoma utworami. Zdecydowanie zaliczyć należy do nich wspomniane tekstowo na wstępie Pocałuj pochowaj, które ujmuje nas pewną grozą niczym z filmu Quentina Tarantino. Utwór jednak odstaje trochę od całości i najmniej pasuje do całego materiału. Inna sytuacja klaruje się z kompozycją Piękny chłop, która jest ładna, ale wyjątkowo wesoła, co musicie przyznać. Nie można tu również zapominać o Domie i Kostusze – dwóm pięknym balladom, pokazującym co Mikromusic ma w sobie najlepsze. Na koniec dostajemy Nie umrę, czyli idealne zakończenie płyty.
Matka i Żony to materiał nie tyle co przełomowy, ale pokazujący Mikromusic trochę z innej strony. Ponownie mamy tu kompozycje, które pasują klimatycznie do poprzednich dokonań zespołu, ale także i takie, którymi mogli sprawić nam niespodziankę. Dalej jednak jest to muzyka przeznaczona do pewnej określonej grupy odbiorców, co mnie bardzo cieszy. Mam nadzieję, że ich liczna będzie się jednak wciąż powiększała, bo na to zasługują.


