Przyznam szczerze – wyczekiwałam tego albumu. Im bliżej była premiera, tym bardziej byłam i zdenerwowana i podekscytowana. Trudne do określenia uczucie, naprawdę. Wy, po każdym ujawnionym utworze pisaliście w komentarzach, że jest to słabe, niefajne i ogólnie MIKA się stoczył ze swoją twórczością. Ja – wręcz przeciwnie i jeszcze bardziej nakręcałam się by poznać całość. Zadawałam sobie pytanie: kim teraz jest artysta? I dlaczego?
Pierwszym takim powodem do uśmiechu był singiel Talk About You. Kawałek sekunda po sekundzie przenosi do magicznego bajkowego świata, gdzie dominuje szaleństwo – ale takie w sensie pozytywnym. I co do sympatii! Idealne do czołówki jakiejś amerykańskiej komedii, wtedy pokazywane są budynki miasta, napisy… no, wiecie, o czym mówię. Bardzo pozytywna energia! I co z tego, że to być może plagiat piosenki Sarà perché ti amo od Ricchi e Poveri (niektórzy dorzuciliby jeszcze polskie disco polo i Straciłaś cnotę od Toples) – i tak wersja MIKI u mnie wygrywa.
Następny utwór to apel do rodzicielki, by się nie martwiła, bo i tak wszystko będzie dobrze. Fraza All She Wants brzmi jak eurowizyjne Don’t Deny, ale nie czepiajmy się szczegółów. Zamiast tego możemy wyobrazić sobie, że śpiewają to muppety i też będzie dobrze. Przy Last Party, mimo, że był znany dużo wcześniej postanowiłam zatrzymać się trochę dłużej. Skłania do refleksji nad tym co było, każąc jednocześnie myśleć o przyszłości, chwytając każdą chwilę w teraźniejszości. Prawdziwym aktem odwagi jest kawałek nagrany w dwóch wersjach, czyli Good Guys, gdzie artysta zadaje pytanie: czy jesteśmy tolerancyjni wobec różnorodności, jaka panuje na świecie? Pytanie nabiera na aktualności, patrząc na niedawne zmiany w Stanach Zjednoczonych. Idąc dalej, mamy Oh, Girl You’re The Devil… i szczerze mówiąc nie wiem jak to skomentować. Z jednej strony mamy trochę brawurowy i komediowy charakter utworu, z drugiej bezsensowny – przynajmniej dla mnie tekst. Całość jednak zaprasza nas do zabawy. Tytułowy utwór troszeczkę przypomina mi LemONowe Jutro i jest szczerym wyznaniem osoby niegodnej Nieba. Sądzę, że też powinnam to zaśpiewać. Następne dwa utwory mają bardzo specyficzny klimat, który bardzo lubię. Staring on the sun to chyba najlepszy kawałek na płycie (chociaż paradoksalnie najmniej do niej pasuje), ze względu na połączenie nowoczesności i przeszłości. Trochę przypomina mi to twórczość Katy Perry i jak okazuje się – zasadnie, gdyż jednym z producentów najnowszego dziecka MIKI jest właśnie jeden z jej współpracowników. Atmosfera Hurts w ostatnich dniach udziela się również mi. Ten smutny fortepian i ciągłe zadawanie jednego pytania: dlaczego wciąż o tym myślę? O wspomnieniach, które raniły i ranią nadal. Z różnych względów. Przy Ordinary Man przypomniałam sobie o istnieniu Stuck In The Middle z debiutanckiego Life In Cartoon Motion. Chociaż ta wersja prezentowana obecnie jest smutniejsza, wolniejsza i chyba bardziej mnie przekonuje.
Szczerze mówiąc, w tym momencie kończą się moje zachwyty nad albumem. Później jest tylko gorzej. Więcej skojarzeń odnośnie kawałków od innych wykonawców. Tak nie powinno być, ale niestety. I ubolewam nad tym faktem. Good Wife jest jak najbardziej w stylistyce MIKI, lecz niestety ma w sobie coś irytującego, co sprawia, że nie włączyłabym go drugi raz, chociaż historia zawarta w tym utworze również jest aktualna, czyli rozwody. Przy Rio naprawdę można poczuć się jak na wakacjach. Plaża, tańce przy ognisku – właśnie to widzę zamykając oczy i zasłuchując się w tą kompozycję. Powinnam być zadowolona, lecz uwierzcie mi – nie jestem. W Promiseland z kolei widać inspirację co najmniej dwóch kawałków: Funhouse P!nk… oraz jeszcze jednego, tytułu którego nie mogę sobie przypomnieć. W drugiej części utworu było prawie jak u Maroon 5… A Porcelain powstał zapewne, gdy ktoś słuchał Coldplaya… I niestety, żaden z wyżej wymienionych utworów nie przekonuje mnie, by kontynuować z nimi dalej znajomość.
Na albumie znajduje się jeszcze jednak jeden smaczek. Mowa tutaj o francuskojęzycznym L’amour fait ce qu’il veut. Słuchanie tego to nieopisana radość. Perfekcja w każdym calu. Do niczego nie mogę się przyczepić. Mamy fajną (trochę pod funk?) muzykę, ten śpiew, który przenosi nas w czasie… Mistrzostwo!
MIKA prowokuje i uwodzi w swoim stylu. Tym razem robi to w bardziej subtelny sposób niż na dwóch pierwszych albumach. Celowo nie wspominam tutaj o The Origin Of Love, gdyż w mojej ocenie ten ambitnie wyprodukowany album jest o wiele lepszy od jego następcy. Czasami mam wrażenie, że No Place In Heaven to średnia ważona wszystkich trzech dotychczasowych pozycji z jego dyskografii, chociaż oficjalnie krążek przenosi nas w lata 70te. Z ciężkim sercem muszę powiedzieć, że najprawdopodobniej został stworzony po to, by nie zapomnieć o tak unikatowym głosie, jakim ma MIKA. Chociaż smuci mnie fakt, że rzadziej niż kiedyś używa tego atutu. Być może kiedyś jeszcze sięgnę po No Place In Heaven bo album mimo kilku mankamentów jest dość znośny, ale co tam! Prawdziwy fan MIKI wszystko zniesie, nawet podobieństwo niektórych utworów do innych, niekoniecznie śpiewanych przez libańsko-brytyjskiego wokalistę.



