Midge Ure wystąpił w krakowskim klubie Fabryka. Relacja Kuby Koziołkiewicza

Gdy dotarłem do klubu kilka minut po planowanej godzinie rozpoczęcia występu nie spodziewałem się, że Midge Ure, brytyjski wokalista rockowy, członek grupy Ultravox, będzie już odgrywał swoje show na scenie krakowskiej Fabryki. Szczerze mówiąc nie podejrzewałem go o szwajcarską punktualność a tu proszę – kończył właśnie otwierające każdy koncert tej trasy I See Hope in the Morning Light.

Po odegraniu tej kompozycji z nieskrywanym entuzjazmem krzyknął do publiczności żwawe Thank you! i zgrabnie przeszedł do kolejnego utworu, Dear God. Publiczność, złożona główne z osób, które wychowywały się na muzyce Ultravox, czyli już nawet nie 40+, a 50+, na początku show dosyć zachowawczo okazywała swój entuzjazm. Dopiero w okolicach kawałka Fade To Gray przypomnieli sobie lata młodości, zaczynając tańczyć, śpiewać i gorąco oklaskiwać każdy odegrany przez szkockiego muzyka kawałek. Ten nie pozostawał im dłużny, gdyż co jakiś czas, gdy akurat nie musiał śpiewać do mikrofonu, ukazywał na swej twarzy bardzo szeroki uśmiech, któremu zdecydowanie daleko było do kurtuazji.

Repertuar koncertu opierał się na autorskich kompozycjach Ure’a oraz hitach jego macierzystego zespołu. Lecz to właśnie na odegrane przez Midge’a utwory Ultravox najbardziej czekali krakowscy widzowie. Jako, że w klubie nie było głośno, łatwo dosłyszałem rozmowy fanów zespołu, którzy zastanawiali się, jakie kawałki tej brytyjskiej formacji spod znaku new romantic zaprezentuje jej wieloletni lider.

fot. Marcin Pawłowski/rockmetal.pl
fot. Marcin Pawłowski/rockmetal.pl

Midge Ure na scenie ubrany był bardzo prosto. Do zwykłych spodni dżinsowych przywdział ciemną koszulę z rozpiętym pod szyją guzikiem oraz czarne eleganckie buty. Piszę o tym, bo to właśnie ten sceniczny minimalizm bardzo przypadł mi do gustu. Na scenie nie pojawił się żaden telebim. Nie było confetti, czy ekscytującej gry świateł. Właściwie jedynym elementem wizualnym były reflektory znajdujące się ponad sceną. To stworzyło bardzo kameralny klimat występu, dzięki czemu przez kilka chwil można było się poczuć jak w latach 80.

Forma wokalna muzyka była na bardzo wysokim poziomie. Jako, że śpiewał zarówno swoje kawałki, jak i piosenki Ultravox, musiał balansować pomiędzy niskimi, a wysokimi tonami. Powiem szczerze, że może poza jednym momentem, gdzie Ure nie trafił w dźwięk tak, jak trzeba, reszta wyszła mu perfekcyjnie. Czapki z głów.

Im bliżej było końca występu, tym coraz większe hity płynęły ze sceny Fabryki. Jednym z nich była piękna i hipnotyzująca kompozycja Vienna, która okazała się popisem Ure’a. Fantastyczna była reakcja widowni, która wspierała wokalnie muzyka. Ten, nie śpiewając ostatniego refrenu, pozwolił zabrzmieć swoim fanom. Ostatnią kompozycję Dancing With Tears In My Eyes poprzedziła ponad minutowa solówka gitarowa Midge’a Ure’a, w czasie której wydobył ze swojej złotej gitary firmy Vintage elektryzujące dźwięki. Nie była ona wypełniona jakimiś ultraszybkimi przejściami z dźwięku na dźwięk, czy świdrującymi arpedżiami – Ure postawił na świadome i pełne emocji szarpanie strun. Po chwili zagrał molowy akord i rozpoczął wykonanie utworu, którym pożegnał się z krakowską widownią. Ta, wiedząc, że show zbliża się ku końcowi, po raz ostatni dała upust swoim emocjom i na cały głos odśpiewała z Midgem całość tego największego hitu Ultravox.

Gdy ostatnie brzęczenia gitary dobiegły końca, Ure wraz z muzykami ukłonił się, a schodząc ze sceny powiedział do mikrofonu see you soon. Myślę, że znaczna część publiczności liczy, że to soon będzie bardzo soon.

fot. Marcin Pawłowski/rockmetal.pl
fot. Marcin Pawłowski/rockmetal.pl

Czytaj również