W miniony poniedziałek miałem przyjemność być częścią najnowszej trasy Michała Szpaka. Przed Wami moje krótkie podsumowanie tego wieczoru.
Zacznijmy od tego, że Michał jest bez wątpienia królem sceny w trakcie swoich koncertów. Pomimo bardzo minimalistycznej scenografii wokalista wiedział jak wykorzystać ją zarówno do swoich popisów tanecznych, jak i miejsca na przebranie się, poza zasięgiem wzroku widzów. Niektórzy artyści czasami miewają problemy z odnalezieniem się na scenie, jednak nie on. Szpak szybko ją zdominował i powalił publiczność doskonałym wokalem. Wykonania na żywo utworów Dreamer, Don’t Poison My Heart czy King Of The Season wbijały w fotel. Jednym z moich ulubionych momentów była jednak piosenka Blue Moon. Wersja na żywo przypadła mi do gustu jeszcze bardziej niż studyjna.
Na temat Michała każdy ma prawo uważać swoje. Jedni nie lubią jego stylu, innym nie podobają się jego piosenki. Nikt jednak, kto miał okazję usłyszeć go na żywo, nie może stwierdzić, że chłopak nie potrafi śpiewać. Skala jego głosu naprawdę robi duże wrażenie. Wiadomo, każdemu zdarzają się pomyłki czy niedociągnięcia, jednak u Michała dało je radę policzyć na palcach jednej ręki. Widać było, że chłopak jest daleki od zwykłego odśpiewywania utworów i chce zaserwować zgromadzonej publiczności spektakl na wysokim poziomie. Cel został zrealizowany.
Jedynym minusem całego wydarzenia był dla mnie fakt, że koncert skończył się bardzo szybko. Była to jednak bardziej kwestia tego, że przy dobrej zabawie czas szybko płynie, bo Michał śpiewał jednak półtorej godziny. Na sam koniec oczywiście zaprezentował swój największy hit, na który czekał chyba każdy uczestnik koncertu. Po zakończeniu była możliwość otrzymania pamiątkowego autografu od wokalisty. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji usłyszeć Michała Szpaka na żywo, to musicie to jak najszybciej zmienić. Jego koncert to naprawdę dobrze spożytkowane minuty.

