Michael Kiwanuka – Love & Hate (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

Muzyce Brytyjczyka bliżej do utworów sprzed kilkudziesięciu lat niż współczesnego brzmienia. Jego twórczość to ukłon w stronę soulowego grania, z którego słynęły lata siedemdziesiątego ubiegłego wieku. Laureat prestiżowego plebiscytu BBC Sound Of udowodnił debiutanckim albumem Home Alone z 2012 roku, że warto było pokładać w nim muzyczne nadzieje. Dzieło przyjęto pozytywnie, a Kiwanukę chwalono za niemodne w dzisiejszych czasach granie w starym stylu. Artysta powraca z drugim wydawnictwem cztery lata później.

Decyzja o wydaniu tak specyficznie brzmiącego i nieprzebojowego albumu w środku lata to niezwykle odważny krok ze strony Michaela. Daleko temu krążkowi bowiem do letniego klimatu, kojarzącego się z pozytywnymi emocjami, ciepłem i szczęściem. Tytuł Love & Hate mówi sam za siebie. To trudna płyta, która nie znajdzie swojego miejsca w rozgłośniach radiowych (na szczęście!). Wymaga skupienia oraz świadomej refleksji – Kiwanuka otwiera się lirycznie i mierzy się ze swoimi demonami.

Album rozpoczyna niezwykłe Cold Little Heart. Rzadko zdarza się, aby utwór otwierający trwał ponad dziesięć minut. Zagranie odważne, ale na pewno przemyślane. Mimo że podchodzę do długich kompozycji z rezerwą, ta oczarowała mnie już po pierwszym przesłuchaniu. Piosenka podzielona jest wyraźnie na dwie części. Pierwsze cztery minuty to wyłącznie instrumentalna ucieczka Kiwanuki, przepełniona melancholią, chóralnymi kobiecymi jękami i klimatycznym dźwiękiem gitary.

Cold Little Heart przyspiesza zdecydowanie, kiedy pojawia się charakterystyczny wokal artysty. Znacznie wyraźniej zostają zaakcentowane gitara oraz perkusja, a śpiew Michaela nabiera niezwykle przekonywującego tonu, w którym słychać smutek i żal. Końcowe dźwięki, czyste brzmienie gitary i wymowny tekst utworu najlepiej obrazują, z czym muzyk będzie zmagał się w kolejnych dziewięciu kompozycjach:

Maybe this time I can be strong

But since I know who I am

I’m probably wrong

Maybe this time I can go far

But thinking about where I’ve been

Ain’t helping me start

Pierwszym utworem, który promował nowe wydawnictwo był Black Man in a White World. Wyjątkowo rytmiczna kompozycja, mimo swojego żwawego oraz chwytliwego brzmienia, uderza bolesnym przekazem i ukazuje poważny problem tożsamości rasowej, którego doświadczał Kiwanuka w dzieciństwie („I’m in love but I’m still sad, I’ve found peace but I’m not glad”). Brytyjczyk, syn uchodźców z Ugandy, był jednym z nielicznych wtedy czarnoskórych dzieci mieszkających na przedmieściach Londynu. Przeszywający wokal, gospelowe elementy i klaskanie, z których słyną afroamerykańscy baptyści, budują niełatwy klimat kompozycji.

Mimo ewidentnej inspiracji soulową twórczością m.in. Sama Cooke’a, Billa Withersa czy Otisa Reddinga, album Love & Hate ucieka od zaszufladkowania go jedynie w tego typu klimatach. Dzięki ścisłej kolaboracji z producentem Danger Mouse (współpracował z m.in. Adele, The Black Keys, Red Hot Chilli Peppers), nowe wydawnictwo Kiwanuki jest raczej muzyką vintage, ale w nowoczesnym wydaniu. Dźwięki retro spotykają się tu z nieco innymi, dalekimi inspiracjami, jak chociażby dorobek Pink Floyd. Pomimo że Falling, Rule The World, The Final Frame czy Father’s Child zachwycają współczesną produkcją, to wciąż jednak aranżacje są bliskie starym, zakurzonym stylom.

Nowy album jest ekscytującym i zdecydowanym krokiem naprzód. Próba wybrania jednego, najlepszego utworu z Love & Hate byłaby zagraniem niesprawiedliwym oraz wielce krzywdzącym. Nie da się. Brytyjczyk udowadnia, chociażby piosenką tytułową, że potrafi tworzyć kompozycje jednocześnie przyjemne, różne dźwiękowo i trudne tekstowo. Poznając pogodne One More Night („No more lies, no more lies in the morning, no more lies, no more lies in the day”), przychodzi mi na myśl momentalnie You Know I’m No Good Amy Winehouse, a nastrojowe I’ll Never Love („I’ll never love somebody, leave me cold… I’ll never need somebody, leave me alone”) zachwyca klimatem i wyzwala szereg refleksji.

Mistrzowsko wyważona produkcja płyty pozwoliła na stworzenie dzieła przejmującego, bogatego dźwiękowo oraz wokalnie, jednocześnie nienachalnego. Love & Hate nie krzyczy do słuchacza. Woła go delikatnie do siebie. Potęgująca liryczna intensywność sprawia, że dzieło Michaela Kiwanuki chce się poznać, zgłębić, ocenić po swojemu. Introspekcja w najlepszym wydaniu i jeden z pretendentów do albumu roku.

Czytaj również

Muzyce Brytyjczyka bliżej do utworów sprzed kilkudziesięciu lat niż współczesnego brzmienia. Jego twórczość to ukłon w stronę soulowego grania, z którego słynęły lata siedemdziesiątego ubiegłego wieku. Laureat prestiżowego plebiscytu BBC Sound Of udowodnił debiutanckim albumem Home Alone z 2012 roku, że warto było pokładać...Michael Kiwanuka - Love & Hate (2016), recenzja Piotra Krajewskiego