Metronomy – Love Letters (2014) – recenzja Kamila Gajdka

Powiem Wam szczerze. Przyznam się jak na spowiedzi. Metronomy Love letters to najbardziej oczekiwana przeze mnie premiera tej wiosny. Oczywiście mam na myśli premiery albumów nie wyprodukowanych w kraju Chopina (o Polskę, nie Francję się rozchodzi). U nas akurat bardzo ciekawie ostatnio, a zza oceanu muzyka i bliżej z wysp jakoś mego ucha nie może do końca rozpieścić. Tym razem apetyt się zaostrzył po wysłuchaniu pierwszego singla – Aquarius. Cytując klasyka: przeżyjmy to raz jeszcze.

I co? Wpada w ucho prawda?. Jak teksty o miłości w piosenkach traktuje raczej krakowskim idźże, idźże tak tutaj jest dosyć sympatycznie i nawet dowcipnie momentami (You said our love was written in the stars, but I never paid attention to my charts) Utwór jest dobrym materiałem na lekki i przyjemny wiosenny przebój. Wiadomo, stacji komercyjnych nie podbije, ale na Openerze tłum hipstenerów będzie się bawił wyśmienicie. Ten singiel w zalewie moich podejść do różnych singli początku 2014 roku sprawił coś dziwnego, pomyślałem, to może być naprawdę niezła płyta. I tak czekałem do marca aż jest.

Przede wszystkim, czuć ducha muzyki sprzed 40 lat w tej produkcji. Syntezatory, wokale, chórki, brzmienie – wszystko mix lat 80 i 70 co jako starzejący się słuchacz poczytuję na plus. Joseph Mount i jego ekipa, którzy swoją drogą już samym image dają powód do uśmiechu, zamknęli się w Tou Rag Studio i tam rzucali sterty kompozycji na oldschoolowe sprzęty co dało nam niesamowity efekt. Jest to granie retro, ale z drugiej strony brzmi to nowocześnie. Płytę otwiera kawałek w którym ja osobiście się zakochałem. Pierwsze uderzenia perkusyjne, charakterystyczne dla Metronomy, może lekko zrażają, że nic się nie będzie działo, ale gdy opuszki palców uderzą w struny gitary zostajemy z miejsca przetransportowani w świat melancholii i refleksji. Po dwóch minutach dochodzi gitara, która sprawiła, że siedząc wyrzuciłem ręce w górę i miałem ochotę prosić do tańca kogokolwiek. Za kawałek Upsetter daje 2 gwiazdki, bo jest to jeden z numerów, dla którego warto sobie odmówić jednego przejazdu taksówką/kilku paczek papierosów/wstawcie swoje i kupić sobie płytę. Pragniecie utworu, który jest hitem? Proszę bardzo, numer 4, czyli tytułowe Love Letters. Brzmi może hippisowsko i mnie osobiście się nasuwa skojarzenie z Supertramp, ale jest moc! Jak to mówił mój bliski znajomy, warszawski dj, gdy wracał nad ranem po zagranej imprezie: Był sztos! Wszyscy ręce tak (i tu wyrzucał je w górę i wykonywał jakiś narkotyczny taniec). Za każdym razem mówił dokładnie to samo i ja za każdym przesłuchaniem Love letters cytuję go. Dobra, nie chwalmy dnia przed zachodem. Po instrumentalnym, szóstym Boy Racers moja euforia opada. Nie mam się właściwie czego tak naprawdę uczepić, ale te kawałki, który mnie się wyjątkowo podobają to dokładnie pierwsza szóstka płyty. Co nie znaczy, że potem jest gorzej. Po prostu w mój gust trafia pierwsza połowa płyta, która jest na tyle dobra, że całość oceniam na piątkę z minusem. Doskonałe wydawnictwo dla miłośników grania retro, dla tych co cenią sobie alternatywę, dla tych co lubią potupać nóżką. I Ci co są nieszczęśliwie zakochani, i Ci co szczęśliwie i Ci szukający miłości po przesłuchaniu Love Letters w brzmieniu retro, stwierdzą, że może zamiast zaczepiać na facebooku, słać emotikonki, fajnie by było napisać list długopisem na porządnej papeterii, zapakować go w kopertę i powiedzieć coś o miłości w tradycyjnej formie bliskiej osobie.

p.s.

Przepraszam, ale zboczenie zawodowe. Wiecie, że wraz z premierą singla Aquarius można było pobrać aplikację, skierować telefon na niebo, odnaleźć konstelację Wodnika i wtedy odpalał się nam utwór? Oooo jakie to romantyczne w starym stylu, a zaraz nowoczesne. Dokładnie jak tak płyta, którą polecam.

Metronomy - Love Letters

Czytaj również