Na samą myśl, że „K-12” od Melanie Martinez doczeka się rozszerzonej wersji, zacząłem przebierać nóżkami jak małe, szalone dziecko. Nikt do końca nie wiedział kiedy „After School” trafi do sprzedaży, ale z kosmicznych energii mogliśmy domniemać, że będzie to 25 września 2020 roku. Dziś jest, pięknie mieni się z zewnątrz, a w środku ogromny zawód.

Te siedem piosenek, nad którymi Melanie Martinez pracowała od 2017 roku brzmi raczej jak coś, co nie pasowało do koncepcji albumu K-12 i w procesie produkcji zostało z niego wyrzucone. Na trochę wróciło do muzycznych szuflad, tylko po to, żeby za rok trafiło do sprzedaży pod postacią After School.
Jeżeli na tapet weźmiemy warstwę liryczną, nie znajdziemy tam nic złego. Melanie Martinez ma w swoim piórze niezwykłą oryginalność, której nie dorówna nikt. Artystka ma nieposkromioną wyobraźnię, która przyprawia o dreszcze. Jej głowa aż kipi od pomysłów i dzięki temu, dziś możemy usłyszeć garść lekcji dotyczących: akceptacji tego, co daje nam świat, poszukiwaniu równowagi pomiędzy sacrum a profanum i wykorzystywaniu przez system.
Znalazła się też krzta miejsca na prywatę, której Melanie dotychczas nie zwykła robić. Dziś z otwartością i szczerą chęcią opowiada o pracy w piekarni, której szczerze nie lubiła, ale dawała jej możliwości finansowe na stworzenie muzyki (The Bakery) i trudach związanych rozwikłaniem zagadki na temat tego, kim jest jako człowiek (Field Trip).
Do aspektu lirycznego, Melanie Martinez dodała koncepcję kart tarota. Pomysł mało oryginalny jak na zwariowaną artystkę zza oceanu, oklepany i wyeksploatowany, jeżeli spojrzymy na przemysł muzyczny do pięciu lat wstecz.
Jej muzyka zawsze była jak tort. Tort, który z zewnątrz jest „obrzydliwie” słodki, pięknie ozdobiony, a w każdym miejscu została umieszczona odpowiednio wyważona warstwa lukru. Do środka Melanie Martinez za każdym razem dodawała małe porcje: trucizny, smutku, grzechu i złości. I pomimo że każdy o tym wiedział – nie miał problemu, żeby chłonąć zebrany materiał garściami.
Dziś ten tort wygląda jakby został przez kogoś zdeptany, a później podany na talerzu z filiżanką herbaty. Muzyka jest niewyobrażalnie monotonna. Piosenki brzmią tak, jakby zostały stworzone od niechcenia. Nudna linia melodyczna, brak wyraźnie zarysowanych refrenów i jakiejkolwiek magii, która działała w Cry Baby i K-12. W After School, Melanie Martinez wypada na artystkę przeźroczystą, która straciła pomysł na siebie i stworzyła materiał pod presją czasu. Najnowszy mini-album nie ma żadnej koncepcji, nie trzyma się i w najmniejszym calu nie działa jak rozszerzona wersja K-12.
Równolegle z fikcyjną, wykreowaną na potrzeby muzyki, postacią „Cry Baby” dorasta Melanie Martinez. Lirycznie – staje się coraz bardziej odważniejsza, wciąż zauważa większą zależności w zjawiskach społecznych. Na świat patrzy z wielu perspektyw i nie zamyka się na nowe sfery życia, które inspirują ją do tworzenia premierowego materiału. Tylko nikt nie będzie przykładał większej uwagi do tak twórczych i kosmicznych tekstów jak:
„Tryna bring the mystical into the material
Bitch, I’m in an еleven life path, I’m ethereal
I’m the definition of dichotomy, duality
Katarina in the womb for nine months, ’til she birthed me
Look at her she’s a bridge and on her bridge, I’ll take a shit
Fuck it up, you get lit let’s get deep, if not I’ll dip
I’ll be riding solo on my field trip”
Jeśli muzyka wyraźnie będzie zniechęcała do zagłębiania się w intrygującą warstwę liryczną i magiczny, gardłowy wokal. I jako wieloletni fan, który stał kilka godzin w kolejce na jej koncert w Warszawie, After School traktuję raczej jako wypadek przy pracy. Wierzę że Melanie Martinez zaskoczy pomysłowością i przewrotnością produkcji.
- Data premiery: 25 09 2020
- Single: The Bakery

