Pomimo, że koncert w Lublinie był ostatnim show w całym tournee Meli, to wokalistka dała z siebie wszystko. Z trasy koncertowej Migracje ’16 na pewno zapamiętam nieziemski głos artystki, efekty świetlne, wspaniałą atmosferę i idealną synchronizację wokalistki z zespołem. Ja natomiast postaram się oddać choć trochę magii, jaka towarzyszyła nam podczas występu.
O ile dobrze pamiętam, to koncert w Lublinie przekładany był dwa razy. Zastanawiałem się czy odwlekanie występu nie odbije się na sprzedaży. Dobra muzyka jednak zawsze się obroni i prawie wszystkie miejsca na sali były zajęte. Tym show, Mela utwierdziła mnie w przekonaniu, że zalicza się do wąskiego grona rodzimych artystów, którzy są warci uwagi na polskim rynku muzycznym. Również Filharmonia im. Henryka Wieniawskiego w Lublinie to idealne miejsce na tego typu koncerty. Dużo miejsca, obsługa traktuje gości na wysokim poziomie, a sala koncertowa posiada świetną akustykę – aż ma się ochotę wrócić tam raz jeszcze.
Migracje ’16 zaliczyłem do najbardziej klimatycznych koncertów na jakich byłem. Na całą atmosferę składały się wcześniej wspomniane efekty świetlne, które były wprost fenomenalne, wokal Meli, ale również rośliny, które towarzyszyły artystce na scenie. Kiedy wokalistka wkroczyła na scenę rozbrzmiały gromkie brawa, a sala koncertowa wypełniła się dźwiękami utworu To nic, który wprowadził słuchaczy w dalszą część koncertu. Już przy pierwszej piosence można było rozpłynąć się przy dźwiękach wydobywających się ze strun głosowych Meli. Odniosłem wrażenie, że artystka na żywo prezentuje się lepiej, niż w wersji studyjnej. Wokalistka posiada ogromną świadomość muzyczną i wrażliwość, co można było słyszeć od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Dodatkowo Koteluk jest autentyczna, szczera, skromna i to chyba w tym wszystkim jest najpiękniejsze.
Lublin!
Opublikowany przez Mela Koteluk na 16 marca 2016
Najnowsza trasa koncertowa była przemyślana od początku do końca. Fani mogli usłyszeć klasyczne wykonania piosenek, ale również odświeżone wersje utworów zarówno tych z debiutanckiej płyty, jak i z Migracji. Wydaje mi się, że to właśnie te nowe aranżacje wywarły na mnie największe wrażenie. Słuchacze mogli się rozkoszować przy Migracjach w folkowej wersji, które zyskały nowe brzmienie dzięki ukulele, na którym grał Serek. Oprócz tego Mela zaprezentowała nam rockowy Spadochron i minimalistyczne, ale jakże piękne Stale Płynne.
Koncert zakończył jeden z moich ulubionych utworów, które dotychczas wydała Mela Koteluk. Dopiero w tym momencie zorientowałem się, że to już koniec. Dzięki tej wspaniałej atmosferze i światu, w który przeniosła nas artystka, straciłem poczucie czasu. Na szczęście publiczność nie pozwoliła tak szybko odejść piosenkarce. Po owacjach na stojąco, wokalistka postanowiła ponownie do nas wyjść. Mogliśmy nacieszyć się jeszcze dziesięcioma minutami muzyki wysokiej jakości. Mela zaśpiewała dla nas Wielkie Nieba i po raz drugi Żurawie Origami.
Artystka miała nadzieję, że nikt nie pożałuje, że środowy wieczór spędził na jej koncercie. Ja jestem w 100% pewien, że każdy cieszył się, że wczorajsze popołudnie mógł spędzić z Melą Koteluk. Tak pięknego koncertu nigdy nie zapomnę. Jeżeli nadarzy się okazja, żebym mógł jeszcze raz wybrać się na występ wokalistki, to bez chwili zastanowienia się na nie udam.
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Markiewicz (@ipnopses)


