Karierę Meghan śledzę od momentu, gdy listy przebojów na całym świecie podbijał hit All Bout That Bass. Po wydaniu płyty Title wiedziałem, że piosenkarka ma w sobie to coś i na pewno nie poprzestanie na jednym albumie. Na szczęście nie musiałem zbyt długo czekać, żeby się przekonać, czy miałem racje. Nieco ponad rok później na świat przyszło drugie „muzyczne dziecko” Trainor.
Płytę Thank You wokalistka zadedykowała swoim fanom. W ten sposób chce im podziękować za wsparcie, wspólną zabawę na koncertach, wiarę i umożliwienie jej robienia tego, czego zawsze pragnęła. Po wielokrotnym przesłuchaniu albumu zastanawiam się jednak, czy to nie fani powinni dziękować Meghan za to, co im zaserwowała. Pierwszym zwiastunem nowej muzyki był singiel NO. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy czułem, że cofnąłem się w czasie. Piosenka brzmi jakby została napisana lata wcześniej, a teraz została lekko usprawniona, aby wpasować się w obecnie panujące trendy muzyczne. Co wyszło z tego połączenia? Moim zdaniem oczywisty hit, który zaskoczył wszystkich. Uczucie zdziwienia towarzyszyło mi również przy kawałku Me Too, czyli drugim singlu z płyty. Połączenie stylu gospel z elektroniczną muzyką i dobrym bitem? Czemu nie!
Dużym plusem w twórczości Meghan jest to, że większość tekstów wokalistka pisze samodzielnie, bądź przy niewielkiej pomocy innych tekściarzy. Osobiście bardzo podoba mi się sposób w jaki tworzy oraz to jak przekazuje swoje emocje. To właśnie teksty piosenek takich jak Better, w którym gościnnie zaśpiewał Yo Gotti, czy Just a Friend To You sprawiły, że tak bardzo zapadły mi one w pamięć. W drugiej kompozycji duży plus stanowi również ukulele, którego dźwięki idealnie pasują do wokalu Trainor. Miłym gestem ze strony piosenkarki jest kawałek Mom. Jestem święcie przekonany, że mama Meghan miała łzy wzruszenia w oczach, gdy po raz pierwszy usłyszała ten utwór. Ciekawym dodatkiem jest również wplecenie w piosenkę fragmentu rozmowy matki z córką.
Na albumie Thank You pojawiło się jeszcze dwóch gości. Najlepszym duetem jest utwór, w którym gościnny udział wziął LunchMoney Lewis. I Love Me to pozytywny, łatwo wpadający w ucho kawałek, w którym obaj artyści świetnie ze sobą współpracują. Dokładnie takiego typu pracy z innym artystą oczekuję od Meghan. Sytuacja wygląda o wiele gorzej w utworze tytułowym. Szczerze powiedziawszy, nie wiem czemu Trainor zaprosiła do niego R.City. Piosenka sama w sobie jest świetnym podsumowaniem albumu, stanowi doskonałe zakończenie, a klimatem idealnie pasuje do barwy artystki. Jedynym jej minusem są właśnie fragmenty śpiewane przez wcześniej wspomniany duet. Moim zdaniem całość o wiele lepiej brzmiałaby bez ich udziału.
Na płycie nie mogło zabraknąć wolnych numerów, których zadaniem jest wzruszenie słuchacza i przekazanie mu konkretnych emocji. Kindly Calm Me Down lśni na tym albumie niczym najjaśniejsza z gwiazd na niebie. Bez wątpienia jest to najlepszy utwór, jaki do tej pory stworzyła Meghan. W każdy słowie, które wyśpiewuje wokalistka, da się odczuć emocje, które natchnęły ją do napisania tego numeru. Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza jego końcówka. Sprawy mają się jednak o wiele gorzej w kwestii Hopeless Romantic. Z tą kompozycją walczyłem nie raz, jednak nie udało mi się do niej przekonać. Jest to najdłuższy kawałek na płycie, który ciągnie się w nieskończoność i jest zwyczajnie nudny. Nie do końca jestem również przekonany do Watch Me Do. Utwór, aż się prosi o wyraźną zmianę tempa między zwrotkami, a refrenem. Utrzymanie go przez całe 3 minuty na tym samym poziomie trochę podcina mu skrzydła.
When my world gets loud, could you make it quiet down?
When my head, it pounds, could you turn down all the sound?
If I lay in pain, by my side would you stay?
If I need you now, would you kindly calm me down?
Na szczęście pozostałe piosenki sprawiają, że szybko zapominam o tej wpadce. Jak to przystało na Meghan album zawiera wiele tanecznych i niezwykle pozytywnych utworów. Przy Dance Like Yo Daddy, Champagne Problems, I Won’t Let You Down oraz Woman Up ciało rwie się do tańca, a uśmiech sam wskakuje na twarz. Osobiście mam wrażenie, że piosenkarka najlepiej czuje się właśnie w takich kawałkach. Gdy tylko ich słucham wyobrażam sobie, jak z przyjemnością wykonuje te numery, tańczy do nich i przekazuje całą swoją energię zebranej publice. Cieszę się, że takie kompozycje znalazły się na tym albumie i nie wyobrażam go sobie bez nich. Pozostaje jeszcze piosenka Friends. Kojarzy mi się ona z popołudniowym grillem na działce i przyjemnym spędzaniem czasu w gronie najbliższych. Świetnym pomysłem było dodanie śmiechów oraz głosów w tle. Taki manewr idealnie wpasował się w klimat całego utworu.
W ten sposób Meghan Trainor dziękuje swoim fanom za wszystko, co do tej pory wspólnie przeżyli, choć będzie miała jeszcze mnóstwo okazji do bycia wdzięczną. Ten krążek potwierdził tylko moje przypuszczenia, bo jest niezwykle spójny i dopracowany. Widać, że wokalistka włożyła sporo pracy w jego przygotowanie. Jeżeli będzie się rozwijała z albumu na album w ten sposób, to wróżę jej jeszcze większą karierę, niż ta obecna. Oby tak dalej, Meghan !



