Porównania nas kiedyś zniszczą. Cały czas ktoś jest podobny do kogoś innego, ktoś kogoś przypomina. To dobrze i źle. Podobnie jest z Mary Komasą, którą większość upycha w szufladce razem z Laną del Rey. Wszystko to na nic. Komasa nie musi być do nikogo porównywana, jej muzyka broni się sama i tworzy swoją własną szufladę.
Mary Komasa to artystka kompletna, co udowodniła nam na swoim debiucie. Każdy dźwięk jest przemyślany a każda kompozycja idealnie pasuje do klimatu całego albumu. A ten jest specyficzny, lekko hipnotyzujący i wciągający. Komasa zabiera nas w swój świat wysmakowanych dźwięków i pięknych melodii. To nie jest polska płyta, to nie jest płyta belgijska. Ta płyta nie ma jednej konkretnej narodowości. To mieszanka specyficzna, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Słychać wiele inspiracji na tym albumie. Zapewne, jak wspomniałam na wstępie, pojawią się głosy, że zbyt wielkie podobieństwo do Lany del Rey. Wiecie co? Nie obchodzi mnie to, gdy dostaję tak dopracowaną płytę. Mary potrafi stworzyć swój, wyjątkowy i nieszablonowy klimat. Wszystko za sprawą swojego wokalu, w którym nie słychać pobieranych lekcji operowych w młodości. Za to słychać nutkę nostalgii, rozmarzenia, lekkosci. Czuć przestrzeń.
Z gracją porusza się po dźwiękach dream popu, gdzieniegdzie nas zaskakując i zmieniając kierunek, umiejętnie łącząc go z innymi gatunkami od bluesa aż po elementy muzyki filmowej. Kompozycje utrzymane w nostalgicznym i melancholijnym klimacie dobrze sprawdzą się zwłaszcza w jesienne wieczory, ale czy nie wpasują się też w letnie popołudnia czy wieczory kiedy gdzieś na werandzie będziemy grzać się w ostatnich promieniach słonecznych? Takie uczucie rozmarzenia wprowadza każda kolejna kompozycja. Wszystko podane ze smakiem, eleganckie i wyważone. Sami chcemy się wczuć w klimat i popłynąć razem z artystką. Mary nie tworzy radiowych hitów, w jej kompozycjach nie ma przebojowości. Słuchając albumu ma się wrażenie, że zupełnie się to dla niej nie liczy. Świadomie nagrała takie kompozycje, w których najbardziej liczy się nastrój. Ten album ma wyczuwalną duszę i przestrzeń. Mam tylko nadzieję, że polski rynek jest gotowy na ten album. O światowy się nie martwię.
Nie sposób tuta omawiać każdej kompozycji z osobna, gdyż stanowią one spójną całość. Tego krążka powinniśmy posłuchać w całości. Od pierwszej do ostatniej piosenki. Od pierwszego do ostatniego dźwięku. Wciągnąć się w muzykę proponowaną przez Mary i oddać się snującym dźwiękom. Dostaliśmy 11 kompozycji, z których każda przyciąga naszą uwagę, czy to zwracamy uwagę na wykorzystane instrumenty (jak chociażby fortepian i perkusja w Lost Me) czy na wprawne operowanie wokalem przez artystkę. Na płycie lawirujemy pomiędzy różnymi odcieniami melancholii. Nie raz Mary pokazuje nam swoją ostrzejszą stronę, by później znowu powrócić do niewiarygodnej wrażliwości i łagodności. Na pochwałę zasługuje również klip, który został nakręcony do City of My Dreams. Niewątpliwie debiutancka płyta desygnowana imieniem i nazwiskiem artystki, jak dotąd aspiruje do miana jednej z lepszych płyt, które do tej pory się ukazały.
Sama artystka pytana o główny przekaz płyty powiedziała:
Najlepszym sprawdzianem czy piosenka działa, jest dla mnie wyobrażenie jej sobie pod napisami końcowymi do filmu. Zabierając się do pisania utworu, zaczynam od sięgania do wspomnień. Staram się stworzyć w wyobraźni filmową scenerię, ze mną w roli głównej. Potem szukam zdania, hasła czy słowa, od którego mogłabym zacząć pisanie. Na przykład: „Come”, „Farewell”, „Don’t leave me here”. Tak zaczyna się każda z moich opowieści. Co staram się nimi przekazać? Że formują nas wszystkie nasze życiowe doświadczenia, zarówno te pozytywne jak i te, o których chcielibyśmy zapomnieć. Zamiast starać się wymazać je ze świadomości, starajmy się przekuć je we własną siłę
I to chyba stanowi najlepsze podsumowanie dla tego albumu. Mary Komasa pokazała nim, że ma siłę, że jest świadoma tego co tworzy i tego jaki wizerunek siebie wykreowała. Jest on spójny i został odzwierciedlony na debiucie. Pozostaje czekać, co artystka pokaże na drugim albumie i czy utrzyma równie wysoki poziom. Szczerze jej kibicuję.


