Mary J. Blige – The London Sessions (2014), recenzja Filipa Wiącka

Zaczęło się niewinnie. W lutym bieżącego roku Mary J. Blige nagrała nową wersję utworu F for You z duetem Disclosure. Jakiś czas później wspomogła Sama Smitha w remiksie przeboju Stay With Me. I potem poszło jak z górki. Wokalistka była wyraźnie zachwycona brytyjską sceną muzyczną, znacznie świeższą i bardziej oryginalną od amerykańskiej. I wraz z angielskimi producentami i tekściarzami stworzyła nowy studyjny album.

W Londynie Mary szybko się zakochała i nawiązała współpracę z innymi brytyjskimi twórcami (m.in. Darkchild, Naughty Boy, Emeli Sande). I tak powstało The London Sessions. Jeden z niewątpliwie najbardziej rewolucyjnych krążków wokalistki. Nie tyle nawet w kontekście ogólnego rozwoju sceny muzycznej, co rozwoju osobistego. Artystka wychodzi tu bowiem poza dosyć sztywne ramy tradycyjnego r&b i soulu. Oczywiście, te gatunki również tu odnajdziemy. Króluje jednak nowoczesność, świeżość, mamy tu trochę UK garage, trochę alternatywy i muzyki tanecznej.

Jak już wspomniałem, przez album przewija się sporo różnych gości. Tyczy się to zarówno tekstów piosenek, jak i produkcji. Prawie każdy utwór charakteryzuje się odmiennym brzmieniem. Całe szczęście udało się tu uniknąć niepotrzebnego chaosu i przepychu. Nad wszystkim wciąż czuwa bowiem sama Mary J. Blige. Słychać, że to jej krążek, jej dusza i jej wizja. Choć piosenek w klimacie Real Love czy Family Affair tu nie uświadczymy.

Pierwszym utworem promującym album, który poznaliśmy na długo przed samą jego premierą, było Right Now. Początkowo nie wiedziałem, jak się do niego ustosunkować. Choć F for You z Mary podobało mi się bardzo, kolejna współpraca artystki z Disclosure mnie nie zachwyciła. Z czasem jednak zacząłem zauważać coraz więcej ewidentnych zalet tego nagrania: nienaganna produkcja (jak zawsze w przypadku braci Lawrence), lekko futurystyczny klimat i całkiem zgrabny tekst. Jakiś czas później pojawiły się dwa kolejne utwory, Therapy oraz Whole Damn Year. Zupełnie inne od Right Now, pomogły nam w pewien sposób nakreślić sobie obraz nowej płyty wokalistki. A jaka ona ostatecznie jest? Jeszcze inna, lepsza.

Therapy to najbardziej zadziorny kawałek na krążku, z lekko prześmiewczym, ale i pełnym goryczy tekstem. Pod względem melodycznym nawiązuje do gatunku doo-wop. Jeszcze lepsze jest Whole Damn Year. To ta Mary, którą wszyscy znamy – z klasą, elegancka, ale i refleksyjna. Melodia jest przepiękna, moją uwagę bardziej zwrócił jednak dosyć oryginalny tekst (autorstwa Emeli Sande) porównujący złamane serce do pór roku:

See winter took most of my heart
And spring punched right in the stomach
Summer came looking for blood
And by autumn, I was left with nothing

Whole Damn Year to nie jedyna ballada na The London Sessions. Mamy tu także poważne Worth My Time, smutne, nostalgiczne Not Loving You czy też bardziej przebojowe, ale i brzmiące niestety dosyć płasko, Doubt. Najbardziej podoba mi się jednak romantyczne, w dużej mierze akustyczne When You’re Gone, w którym Mary J. Blige przekazała naprawdę ogrom emocji.

Nowością dla wokalistki są numery imprezowe, taneczne. Bardzo mocno inspirowane brytyjską sceną muzyczną. Z tej grupy utworów najbardziej przekonało mnie do siebie (poza Right Now) Nobody but You. Uwielbiam jego niesamowicie chwytliwy refren. Bardziej to nawet zasługa samego wokalu aniżeli melodii czy produkcji. Nie potrafię wybrać natomiast słabszej produkcji. Wszystkie – zarówno roztańczone, pozytywne My Loving, Follow (czyli kolejny kawałek nagrany we współpracy z Disclosure), jak i intrygujące, oryginalne Pick Me Up – utrzymują wysoki poziom.

Nagrany przez artystkę soundtrack do Think Like a Man Too mimo tragicznej sprzedaży nawet mi się podobał. O The London Sessions bardzo się obawiałem. Czy zaproszenie młodych, znanych artystów do współpracy nie jest wyłącznie próbą odzyskania dawnej popularności? Idąc dalej – klubowa stylistyka Disclosure czy młodzieżowe przeboje Naughty Boy to przecież zupełnie nie w stylu Mary J. Blige. Czy to w ogóle mogło się udać? Jak widać mogło. Płyta przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Jest świetnie wyprodukowana, napisana (teksty na najwyższym poziomie!) czy zaśpiewana. No i co najważniejsze – wokalistka nie zatraciła tu swojej osobowości, a tylko pokazała swoje nowe, nieznane nam wcześniej oblicze. Brawo, to naprawdę świetny longplay.

Mary J. Blige - The London Sessions

Czytaj również