Mariah Carey budzi emocje. Raz ją uwielbiam, raz nie mogę na nią patrzeć. Czasem potrafię przesłuchać kilka jej płyt jedna po drugiej. Czasem zaś wyłączam album po jednej piosence. Nie zmienia się jednak jedno – szacunek, jakim ją darzę. Cenię ją za niesamowity głos, którym, niestety, w ostatnich latach nie operuje już tak, jak jeszcze w latach 90. Mimo to nadal zalicza się ją do grona najbardziej utalentowanych wokalistek. Ze zgrozą jednak czytam komentarze, że czas wyjców się skończył. Po przesłuchaniu najnowszej (już czternastej!) studyjnej płyty Carey, mogę powiedzieć, że Mariah nie powiedziała jeszcze (albo – nie wyśpiewała) ostatniego słowa.
Me. I Am Mariah… The Elusive Chanteuse jest następcą świątecznego albumu Merry Christmas II You. Jest jednak pierwszym krążkiem z całkiem premierowym, autorskim materiałem od czasów Memoirs of an Imperfect Angel. Płyta powstawała bardzo długo. Co jakiś czas do sieci wypływały informacje ze studia. Poznaliśmy też kilka piosenek. Na całość przyszło nam czekać dość długo. W końcu tytułowa nieuchwytna śpiewaczka podzieliła się ze światem gotowym materiałem. Można było się obawiać o poziom nagrań. Ale po kolei.
Mariah swoją karierę rozpoczęła na samym początku lat 90. W ostatniej dekadzie ubiegłego wieku zaprezentowała nam takie albumy jak Music Box, Butterfly czy Emotions. Słuchali jej wszyscy, a takie piosenki jak Hero, Someday czy Vision of Love na stałe weszły do kanonu muzyki rozrywkowej. Coś popsuło się po nastaniu nowego tysiąclecia. Carey wciąż wydawała płyty (m.in. Charmbracalet i The Emancipation of Mimi), ale słuchanie ich nie już dostarczało takich przeżyć. Artystka wyparta została z rynku przez młodsze, mniej utalentowane wokalistki. Nową płytą Me. I Am Mariah… The Elusive Chanteuse, po mniej udanych krążkach Memoirs of Imperfect Angel czy E=MC² jest gotowa zawalczyć o dawną pozycję. Fani cyferek może mnie wyśmieją, ale słuchacze, których komercyjny sukces nie obchodzi, pewnie się ze mną zgodzą.
Uprzedzając pytania – na tej płycie nie ma tak poruszających ballad jak Hero, Looking In czy My All. Jest za to kilka spokojniejszych punkcików. Cieszy fakt, że Mariah nie poszła śladami niektórych wokalistek i nie rozpoczęła romansu z elektroniką. Muzyka Carey nie przeszła żadnej spektakularnej metamorfozy. To nadal niezłe r&b zmieszane z popowymi i soulowymi melodiami. Artystka pozostaje wierna swojej stylistyce. Nagrała naturalny, kobiecy album. Tylko szkoda tej niesamowicie sztucznej, plastikowej okładki. Dobrze, że chociaż muzyka Mariah nie została potraktowana taką ilością fotoszopa.
Me. I Am Mariah… The Elusive Chanteuse z innymi albumami Carey z XXI wieku łączy nie tylko stylistyka, ale i spora ilość duetów. Tym razem Mariah zaprosiła do współpracy m.in. Nasa, Miguela oraz Fabolousa. Na wersji deluxe pojawiają się ponadto Mary J. Blige i R. Kelly. Piosenka z Nasem, Dedicated, to stonowana, słodka kompozycja, która mogłaby znaleźć się na Butterfly. Nowocześniej wypada Beautiful, które utrzymane jest w średnim tempie. W utworze tym pojawia się Miguel, i, choć ciężko mi to przyznać, skupia na sobie całą uwagę. Uwielbiam z początku eleganckie, a w dalszej części lekko zawadiackie You Don’t Know What to Do (feat. Wale). Mniej ciekawie wypada Money ($ * / …) z całkiem niezłą, bądź co bądź, partią Fabolousa. Na krążku pojawia się również efekt współpracy Mariah z… jej dziećmi, córką i synem. Usłyszeć ich możemy w Supernatural. Można rzecz – nic oryginalnego, bo w ostatnim czasie sporo wokalistek zabiera swoje pociechy do studia i umieszcza ich głosy w swoich kawałkach. Jednak Carey zrobiła to ciekawiej, bo głosy jej dzieci zostały zmixowane. Można mieć nadzieję, że córeczka artystki pójdzie w jej ślady i zapełni w przyszłości pustkę po Mariah.
Mariah kontynuuje również swoją coverową tradycję. Na poprzednich płytach prezentowała swoje wersje takich przebojów jak I Want to Know What Love Is, Against All Odds (Take a Look at Me Now) czy Without You. Dziś posłuchać możemy w jej wykonaniu ballady One More Try Georga Michaela. I choć kawałek ten został ładnie zaaranżowany, tak, by pasował do innych na krążku, brakuje mi tych emocji, które niesie oryginał.
Jedna z moich ulubionych nowych kompozycji Mariah jest zagrane na pianinie Cry. – piękna ballada, która pokazuje, że artystka nie zapomniała o swoich soulowych korzeniach. Równie zjawiskowym kawałkiem jest Camouflage. Do gustu przypadły mi również bujające Faded (może poza fragmentami, gdzie wokalistka stęka), lekko elektroniczne Thirsty czy jazzujące Make It Look Good. Dobre wrażenie zostaje po przesłuchaniu chóralnego, nieco gospelowego Heavenly (No Ways Tired / Can’t Give Up Now) czy singlowego, rhythm’and’bluesowego You’re Mine (Eternal). Nie potrafię na razie przekonać się do brzmiącej najbardziej współcześnie i nowocześnie, tanecznej piosenki Meteorite. Te komputerowe ingerencje w wokal Mariah zupełnie nie były potrzebne.
Przyznam szczerze, że bałam się tej płyty. Obawiałam się, czy Carey nie będzie na siłę próbowała dopasować swojej muzyki do panujących obecnie trendów. Czy nie przesadzi np. z elektroniką i klubowymi bitami. Czy nie będzie chciała taneczną muzyką robić konkurencji Rihannie czy Katy Perry. Tak się na szczęście nie stało. Mariah okazała się dojrzałą, pewną siebie i swojej twórczości wokalistką. Chociaż kilka lat temu narzekałam często, że artystka serwuje nam ciągle te same brzmienie, dziś jestem z tego zadowolona. Nie chcę, by muzyka Mariah Carey przechodziła wielką metamorfozę. Wolę wciąż otrzymywać piosenki w stylu Camouflage czy Beautiful.

