Nie byłem w Warszawie i nie zrobiłem tam rozróby, nie chodziłem w czarnej kominiarce i nie uważałem się za patriotę, nie sympatyzowałem się z szalikowcami i nie spaliłem tęczy. Wybrałem się za to na koncert Marii Peszek i był ogień. Większy niż gdyby ktoś się spodziewał i o wiele bardziej patriotyczny niż zamieszki w Warszawie.
Maria Peszek odwiedziła toruński Lizard King 11 listopada czyli w nasze święto narodowe. Przyznam, że narobiłem sobie wielkich nadziei dzięki znajomym i byłem przekonany, że to będzie jeden z lepszych koncertów w tym sezonie na toruńskich scenach. No i był! Ba! Powiem, że nie spodziewałem się aż tak dużej dawki energii, którą dostarczyła mi Maria i ludzie wokół mnie. Tamtego wieczoru rozpaliła moje serce do czerwoności.
Zaczęło się mocno, bo od piosenki Ludzie Psy. Już po pierwszych wersach piosenki tłum zaczął się bawić, całą salę ogarnął dziki szał (a była wypełniona po brzegi), ludzie śpiewali, gwizdali, bili brawa, krzyczeli. Maria była w znakomitej formie, nie było całkowicie widać że jest to jej kilkunasty koncert z rzędu w tym sezonie. Pełna energii, luzu wyśpiewała chyba wszystkie piosenki ze swojego ostatniego albumu Jezus Maria Peszek. Nagłośnienie było świetne, zrozumiałem każde słowo wyśpiewane przez wokalistkę. Z drugiej strony nawet jeśli bym nie zrozumiał, to i tak znałem te teksty na pamięć. Z wielką namiętnością śpiewałem z nią, wykrzykiwałem na wszystkie strony strofy, które w niczym nie przypominały haseł związanych z celebrowaniem Święta Niepodległości. Nawet nie wiem kiedy ten czas minął, półtoragodzinny koncert wydawał mi się zbyt krótki. Maria dała z siebie wszystko, nawet najmniej ciekawa piosenka wydawała mi się świetna. Wolniejsze melodie zyskały wiele uroku dzięki zespołowi. I trzeba to przyznać – są to doskonali muzycy. Ani na chwilę nie zwalniali tempa. Sama wokalistka podkreślała, że Toruń jest świetny, śmiała się, puszczała nam całusy, namiętnie obmacywała się i… świetnie się ruszała. W niczym nie przypominało to kontrolowanych ruchów, ona po prostu poruszała się w rytm swoich piosenek, tak jak to czuła. Rzucała w nas confetti, a my byliśmy zauroczeni tym jak dzieci w piaskownicy. Po prostu czarowała nas swoją charyzmą sceniczną, która wylewała się z niej w całej okazałości. Korona cierniowa wykonana z lampek, czy stanie w pozycji krzyża z uchwytem od mikrofonu, dopełniało tylko te magiczne show.
Przyznam, że nie mogliśmy się rozstać z Marią i po jej zejściu ze sceny wszyscy zaczęli skandować:
Kur** mać – nie idź spać!
Nie musieliśmy długo czekać. Powróciła na scenę i zaśpiewała jeszcze dwie piosenki. Ale to nie był koniec! Udało nam się wywalczyć drugi bis, po którym dała nam znać, że jesteśmy niesamowicie, że dawno nie miała takiej publiczności.
Kto jeszcze nie miał szansy posłuchać jej na żywo, niech żałuje. A kto ma okazję, niech szybko idzie zakupić bilet. Na pewno nie przepłaci ani złotówki. Mi zatem pozostaje czekać na kolejny koncert Marii w Toruniu. Oj, będę czekał z niecierpliwością.
