Małpa – Mówi (2016), recenzja Michała Szuma

Mistrz wrócił, ma się dobrze. To chyba najlepsze streszczenie nowego dzieła toruńskiego rapera. Ale kurde – jakkolwiek nie siliłbym się na porównania, wymyślne cytaty czy frazesy, to tego krążka nie da się streścić. Płyta, jak na tytuł przystało, jest o tym, aby o niej mówić. I to dużo mówić.

Syndrom drugiej płyty? Bitch, please!

Nie powiem, że czekałem na ten krążek z pozycji die hard fana, bo bym zwyczajnie skłamał, ale również minąłbym się z prawdą gdybym powiedział, że ta premiera była mi obojętna. Ba! Już po singlu Jedyna Słuszna Droga zacząłem coraz uważniej śledzić to, co dzieje się na kanale Proximite i przyznam szczerze, że od tamtej pory budowałem swoje nieśmiałe oczekiwania. Cóż mogę powiedzieć: w moich oczach Małpa zdecydowanie im sprostał. Mówi to kawał dobrego materiału.

[pro_ad_display_adzone id=”112511″]

Ale o czym tak właściwie on mówi? W sumie o wszystkim. Nie chcę popierać tezy, że jest to sequel Kilku Numerów o Czymś, bo stylistycznie te dwie płyty od siebie odbiegają, ale pewien pierwiastek wspólny na pewno można odnaleźć. Generalnie rzecz biorąc tematyka tekstów na Mówi kręci się wokół sześcioletniego okresu posuchy twórczej (nie licząc gościnek i Skały, ale to nieco inne historie). Pierwszą prawdziwą oznaką gotowości był singlowy Naiwniak, w którym raper w jawny sposób zgłaszał swoje aspiracje do powrotu. Jest co nieco o sprawach, na które ponoć mamy wpływ (Satelity), jest parę wersów o dawniejszej przeszłości w Nie byłoby mnie, czy wreszcie o samym podejściu artysty do muzyki w numerze 808. To jednak kropla w morzu lirycznych wariacji, zaserwowanych nam w różnorakich konwencjach.

Najciekawszą z nich jest w moim odczuciu ta z kawałka Wysoki Sądzie, gdzie raper wciela się w rolę świadka na sali sądowej. Mocny początek jest lekko temperowany przez sędziego, ale to tylko pozory, bo później Małpa zdaje się wpadać w trans. Przyjemniej słucha się tej średnio wesołej historii, a smaku dodaje piosence bardzo kryminalny bit wprost od White House.

[pro_ad_display_adzone id=”112511″]

To dobry moment, aby wtrącić parę groszy apropos podkładów. Jako fan rocka od zawsze propsuję wszelkie romanse gitar z rapem, dlatego od razu spodobał mi się motyw muzyczny z Mołotowa. Tekst adekwatny do produkcji tylko podkręca atmosferę, bo ostre słowa w połączeniu z przekleństwami (których de facto nie ma na tym krążku sporo, a jeśli są, to dyskretniej podane) dodają produkcji pazurów. Oczywiście ciężkie stopy także mnie jarają, bo to, co się dzieje w 808, Próby, błędy czy Satelitach jest bardzo przyjemne dla bębenków w uszach. Dodając do tego podpis The Returners w rubryce „produkcja”, uzyskujemy brzmienie kompletne. Nie chcąc dalej rozmieniać się na drobne, bo mógłbym tak długo, skwituję muzykę stwierdzeniem: urywa dupę, staniki latają.

Klątwa drugiej płyty zatem nie dla Małpy, bo primo: oszukał ją wydając nowe dzieło sześć lat po poprzednim, a secundo: ten krążek jest po prostu zajebisty. Fakt – może całość nie jest spójna, jest w niej parę słabszych momentów, trafiają się pewne powtórzenia, ale każdy znajdzie coś dla siebie. Raper poszedł swoją drogą, która okazała się słuszną i chwała mu za to. Reszta to tylko słowa.

Czytaj również