Magiczna noc w Gdańsku – koncert Waglewski Fisz Emade. Relacja Michała Szuma

Whisky, doborowe towarzystwo i dobra muzyka – tak w kilku słowach można by podsumować niedzielny występ rodziny Waglewskich na deskach gdańskiego Klubu Parlament. Prawie dwugodzinny koncert zespołu poruszył serca, uradował duszę, ale przede wszystkim wypieścił uszy w niezwykle przyjemny sposób.

Występ rozpoczął się parę minut po dwudziestej, lecz początek stał pod małym znakiem zapytania ze względu na drobne problemy dźwiękowe. Na szczęście sprawa okazała się na tyle mało istotna, że już dwie minuty później zabrzmiały pierwsze dźwięki. Zaczęło się od numeru Pocisk, który okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż rozruszał publiczność w perfekcyjny sposób. Później było już tylko z górki, gdyż tłum żywo reagował na wszystko to, co działo się na scenie.

To, co zapadło mi w pamięć, to niezwykła przestrzeń muzyczna jaką wytworzyli muzycy. Niemal każda piosenka była rozszerzona w czasie o dodatkowe dźwięki, które jednak nie działały jak typowe zapychacze, a były bardziej czymś w rodzaju wolnego miejsca. Człowiek miał wrażenie, że może odpłynąć gdzieś poza mury klubu, lub mógł po prostu oddać się w ramiona tych brzmień i dobrze się bawić. Wybór co najmniej trudny, jednak różnorodność setlisty okazała się na tyle duża, że zarówno zwolennicy kołysania, jak i czystej kontemplacji muzycznej, mogli śmiało pogodzić te dwie czynności.

Koncert obfitował oczywiście w kawałki z płyty Matka, Syn, Bóg, dlatego można było usłyszeć takie piosenki jak Ojciec, Syn, Trupek czy Kometa. Najciekawiej jednak zrobiło się przy utworze Człowiek Ćma, bo nie dość, że tutaj było wyjątkowo dużo wspomnianej już wcześniej przestrzeni, to jeszcze sporo od siebie dał Fisz, który swym wokalem wzniósł go na wyżyny możliwości dzięki energii i charyzmie, eksplodującym zwłaszcza w trakcie wyśpiewywania frazy z tytułu. Dodając do tego ciekawy efekt pogłosu, otrzymaliśmy ciekawą wersję koncertową numeru, który na płycie przecież nie jest specjalnie pobudzający.

https://www.youtube.com/watch?v=2yH2ku1LJUw

W kwestii formalnej warto dodać, że Parlament pękał w szwach. Zarówno cały parkiet, jak i oba górne balkony były wypełnione koneserami dobrego brzmienia. Co mnie osobiście ucieszyło, to duży przekrój wiekowy tychże koneserów, bowiem w jednym rzędzie stały babcie z wnukami, rodzice z dziećmi, jak i grupy nastolatków i braci studenckiej. Wiele osób zdecydowało się na przybycie na koncert w gronie rodzinnym, co w połączeniu z pięknym brzmieniem tworzyło miły dla oka obrazek. Spoiwem całości była widoczna chemia między poszczególnymi muzykami, bowiem rozumieli się oni niemal bez słów, a czasem wystarczył jeden akord, jedna nutka lub też jedno uderzenie perkusji, aby to zrozumienie zarysowało się także na ich twarzach.

Oby więcej takich koncertów w Trójmieście! Dzięki, panowie (i pani grająca na altówce!).

Czytaj również