Nie od dziś wiadomo, że Madness potrafią pisać świetne piosenki, łącząc rockpopowe melodie i muzykę ska w ciepłe dla ucha brzmienie. Kto z nas nie nucił pod nosem takich hitów jak Our House, It Must Be Love czy House of Fun? Brytyjscy muzycy postanowili nie odgrzewać starych kotletów na 40-lecie zespołu, ale zaprezentować nowy materiał i udowodnić, że na wypominanie im wieku nie przyszedł jeszcze czas.
Zespół z Londynu pod koniec lat 80. jak tsunami zalał brytyjski (a później także światowy) rynek muzyczny swoją energią i prześmiewczymi komentarzami na temat otaczającej ich rzeczywistości. Od wydania singla One Step Beyond w 1979 roku przez następne pięć lat aż 14 utworów Madness znalazło się w pierwszej dziesiątce brytyjskiej listy przebojów. Dobrze naoliwioną maszynkę do robienia hitów zatrzymało odejście Mike’a Barsona, co w ostateczności doprowadziło do rozpadu zespołu. Po kilkuletniej przerwie muzycy zatęsknili za sobą i postanowili reaktywować się w oryginalnym składzie. Do dziś koncertują i nagrywają, nie zmieniając przy tym charakterystycznego brzmienia wypracowanego przed czterdziestu laty.
Can’t Touch Us Now to jedenasta studyjna płyta w dorobku londyńczyków. Premierowy materiał muzycy testowali od paru dobrych miesięcy na największych festiwalach, w tym na głównej scenie Glastonbury. Sama produkcja i nagranie 16 premierowych kompozycji odbyły się w ekspresowym tempie – 3 tygodni. Działo się to w słynnym studiu Toe Rag, gdzie nagrali swoją płytę m.in. The White Stripes.
Co prawda Madness odeszli od typowego ska na początku lat 90., włączając w swoje brzmienie trochę poprocka, ale absolutnie nie stracili w ten sposób na autentyczności. Był to właściwie jedyny zwrot ku mainstreamowi w całej historii grupy. Już otwierająca płytę kompozycja Can’t Touch Us Now mówi nam bardzo wiele o klimacie nowego krążka. Utwór zaczyna się charakterystycznymi dla Madness dźwiękami klawiszowymi, a w ich tle pojawiają się dęciaki. Do tego dochodzi tradycyjnie ciepły wokal Grahama „Suggsa” McPhersona i refren wpadający w ucho. To wszystko sprawia, że dostajemy kapitalny numer do picia Guinnessa w zadymionym brytyjskim barze.
Dalszą część płyty wypełniają równie solidne kawałki będące kombinacją rocka, ska, a nawet soulu. Znajdziemy tu jajcarskie Mumbo Jumbo z lekką nutką odpustowej atmosfery, balladę Pam the Hawk czy przyjemnie bujający I Believe w klimacie reggae.
Największym atutem tego wydawnictwa jest równowaga jakościowa wszystkich piosenek. Muzycy obeszli się bez wtrącania niepotrzebnych wypełniaczy czy przydługich instrumentali. Weterani gatunku tym razem zrezygnowali z zapędzania się w inne kultury świata i skupili się wyłącznie na tym, co wychodzi im najlepiej – komentowaniu rzeczywistości z silnym poczuciem lokalnego patriotyzmu. Tym razem zespół odpuścił sobie także umieszczenie na trackliście latynoamerykańskich rytmów do romantycznych potańcówek w stylu La luny, jak to miało miejsce na ostatniej płycie Oui Oui Si Si Ja Ja Da Da.
Album Can’t Touch Us Now jest potwierdzeniem wysokiej formy Madness mimo nieubłaganie mijających lat. A przecież wiemy, że muzyka ska brzmi najlepiej podczas występów na żywo, a nie na studyjnych płytach. Dostaliśmy kawał rzetelnej roboty – takiej, której należy oczekiwać od kapeli z tak dużym doświadczeniem scenicznym. Madness – tak jak Mick Jagger – egzamin dojrzałości mają już dawno za sobą, a wciąż potrafią zaskoczyć świeżością i naturalnością.

