Low Roar – Once in a Long, Long While… (2017), recenzja Piotra Krajewskiego

0
266

Życie to ciągła podróż. Dobrze wie o tym Ryan Karazija, założyciel zespołu Low Roar. To właśnie on postanowił pewnego dnia rzucić wszystko i poszukać swojego miejsca zupełnie gdzie indziej. Amerykanin o meksykańsko-litewskich korzeniach zostawił słoneczną Kalifornię i ruszył przed siebie. Zamieszkał na Islandii, która stała się dla niego ogromnym źródłem muzycznych inspiracji. Czy słynną krainę lodu i ognia da się też usłyszeć na Once In A Long, Long While?

Islandzkie krajobrazy, tamtejszy klimat i prawie nienaruszona natura. Przez wielu ta malownicza, europejska wyspa nazywana jest krainą idealną do tworzenia muzyki. Trzeci album Low Roar utwierdza w przekonaniu, że Islandia musi mieć w sobie coś magicznego.

Once In A Long, Long While… brzmi jak płyta stworzona od początku do końca przez rodowitego Islandczyka, gdzieś w małym domku na przedmieściach Reykjaviku. Karazija wydał krążek pełen inspiracji twórczością Sigur Rósa, Múm, Bona Ivera, Andrew Birda czy chociażby wczesnego Radiohead.

To naprawdę kameralna, intymna, bardzo osobista muzyka. Od tych utworów wręcz bije niezwykła szczerość i emocjonalność. Melodie przepełnia melancholia, a teksty odzwierciedlają obecny moment w życiu lidera zespołu. Trudny rozwód, wyjazd z Islandii, częste podróżowanie. To wydarzenia, które bez wątpienia wpłynęły na ostateczny kształt albumu. Dzieło powstawało w wielu różnych miejscach – m.in w Meksyku, Anglii, Szwecji czy Polsce, gdzie Ryan kupił nawet mieszkanie. Jak sam przyznał, zakochał się w naszej stolicy.

To miło, że dla zagranicznego muzyka kraj nad Wisłą stał się drugim domem. Karazija spędza ostatnio sporo czasu w Polsce, koncertuje, ma też tu wielu przyjaciół. Nic więc dziwnego, że na nowym albumie pojawiły się także polskie akcenty. Low Roar zatytułowali swoje dwa nowe utwory Gosia i Poznań. Oba akustyczne, oba niezwykle nostalgiczne.

Zespół ten tworzy dźwięki piękne, ale niezwykle przejmujące. Trudno przy tych melodiach nie odlecieć, zawiesić się na moment czy nawet popaść w lekką depresję. Można odnieść wrażenie, że Once In A Long, Long While jest niczym innym jak wielkim workiem wypełnionym mozaiką emocji, który z każdym kolejnym przesłuchaniem słuchacz rozwiązuje coraz bardziej. Balladowy duet z Jófríõur Ákadóttir w Bones, ciche Miserably czy poruszające Without You, które ewidentnie nawiązuje do byłej żony Ryana i ich ostatecznie nieudanej relacji. Niby proste piosenki, ale łapią za serce w ekspresowym tempie.

Brzmieniowo płyta ma w sobie ogromny pierwiastek typowego islandzkiego grania. Czasami bardzo psychodelicznie brzmiąca elektronika przeplata się tu z indie i melancholijną akustyką. Elektroniczne instrumenty (Waiting (10 Years)) łączą się z gitarą (St. Eriksplan) czy fortepianem (13). Nie ma tu jednak mowy o muzycznej przesadzie albo dźwiękowym hałasie. Jest spójnie, harmonijnie, delikatnie. Bije od tych utworów spokój oraz ciepło.

Prawdziwymi perełkami na Once In A Long, Long While są bez wątpienia otwierające Don’t Be So Serious oraz psychodeliczne Give Me An Answer. Low Roar potrafią stworzyć niebywałe melodie, w których po prostu zatracasz się. Włączasz, słuchasz i odpływasz daleko. To jest właśnie siła dobrej muzyki.

Dziś w muzyce króluje przebojowość i komercja. Muzyka ma być przede wszystkim prosta, radosna, często pozbawiona większego sensu. Najnowszy album Ryana Karazija i jego kolegów udowadnia, że dźwiękowa nostalgia wciąż jest tak mocno potrzebna. Przecież nie jesteśmy w stanie cały czas się uśmiechać. Wraz z trzecim dziełem Low Roar wyruszamy w emocjonalną odyseję – pełną trudnych doświadczeń, szczerego liryzmu, intymności i urokliwych chwil. Z tą muzyką czeka Cię niezwykle poruszająca podróż do wnętrza siebie oraz swoich emocji.