Lose Lose Lose. SWMRS zagrali w warszawskiej Proximie. Relacja Darii Radomskiej

O tym, że Amerykanie ze SWMRS swoją energią byliby w stanie roznieść nie jeden klub, mieliśmy już szansę przekonać się podczas ich poprzedniego występu w naszym kraju w 2018 roku. Po półtora roku wrócili z nowym albumem, by znów pokazać nam trochę dobrego punk rocka!

Znalezione obrazy dla zapytania: SWMRS

To był wieczór pełen zaskoczeń. Pierwszym z nich okazał być się support. Co prawda zapoznałam się pobieżnie z repertuarem, jaki wykonują chłopaki z RADIOSLAM, ale to, co zadziało się na scenie, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nieczęsto zdarza się, aby support postawił tak wysoko poprzeczkę głównemu zespołowi, ale byłam pod ogromnym wrażeniem. Jeśli ta nazwa nic Wam jeszcze nie mówi, dałabym sobie rękę uciąć, że wkrótce zacznie, bo będzie o nich jeszcze głośno. Wokal Stasa Lamakiego ciężko zaszufladkować. Można doszukać się w nim wpływów legendarnego Kurta Cobaina czy wokalisty The White Stripes, Jacka White’a. W sposobie gry basisty z kolei da się zauważyć inspirację kultowymi wręcz The Cure. Ale wszystko tworzy tak spójną całość, że nie sposób oderwać od nich wzrok i słuch!

Zarówno podczas ich występu, jak i później podczas rozmowy ze znajomymi i dzielenia się wrażeniami pokoncertowymi, na myśl nasunął mi się jeszcze jeden wniosek. Chodzi o to, że sam talent nie jest wystarczającym środkiem, żeby zaskarbić sobie serca fanów. Na równoważni trzeba postawić jeszcze charyzmę, której w dzisiejszych czasach niestety wielu artystom brakuje. Całe szczęście, tutaj wszystko było tak, jak powinno! Charyzma, ekspresja, kontakt z publicznością – czego chcieć więcej. Bardzo urzekł mnie moment (jeśli w ogóle wypada użyć takiego słowa w przypadku tego typu koncertów) gdy gitara jednego z muzyków wylądowała w tłumie, tak, że każdy mógł jej dotknąć. To zawsze ciekawy akcent, sprawiający, że show zostaje w pamięci. W mojej RADIOSLAM na pewno zostaną na długo i chętnie będę śledzić ich dalsze poczynania.

Wejście SWMRS spotkało się z głośnym powitaniem. Choć to dopiero druga wizyta Amerykanów w Polsce, można śmiało przyznać, że mają tu grono wiernych fanów. Gdy zaczęły wybrzmiewać pierwsze dźwięki Palm Trees z debiutanckiego albumu grupy, wiedziałam już, że to będzie udany wieczór. Z każdą kolejną piosenką Cole Becker pokazywał, że jest stworzony, żeby być na scenie. Dosłownie roznosiła go energia! I tutaj przyszło mi na myśl kolejne porównanie, a mianowicie do Matta Schultza z Cage The Elephant. Zarówno ekspresyjnie jak i wokalnie można zauważyć wiele podobieństw.

Przed Turn Up, które było czwarte w kolejności wokalista wspomniał o tym, jak odczuwalny jest brak jego brata Maxa, podczas koncertów i to, jak bardzo chciałby tu teraz być (Max w ubiegłym roku uległ wypadkowi i cały czas przechodzi rekonwalescencję). W oryginale to właśnie on śpiewa ten utwór, ale Cole bez wahania zastąpił gitarzystę.

Mogliśmy usłyszeć największe hity grupy, takie jak Miley, Trashbag Baby, Lose Lose Lose czy Figuring It Out. Muzycy wykonali również dwa covery – Alright (Supergrass) oraz Hard To Explain (The Strokes). Największym jednak zaskoczeniem było, gdy wokalista wyciągnął z kieszeni telefon i ni stąd ni zowąd zaczął śpiewać bardzo popularną polska piosenkę z dzieciństwa, jaką jest Wlazł kotek na płotek. Trzeba przyznać, że nawet nieźle poradził sobie z zawiłościami naszej mowy! I to jest to, o czym wspominałam już wcześniej – kiedy podczas koncertu poza sztywnym trzymaniem się setlisty zadzieje się coś zupełnie niespodziewanego, od razu wpływa to na jego odbiór.

https://www.youtube.com/watch?v=2VJSw0YKdeo
https://www.youtube.com/watch?v=JfujO0DfZF0

Plusów była zdecydowana przewaga, ale niestety pojawiły się też pewne minusy, na na część z których nie mieliśmy wpływu. Trochę ubolewałam, że na setliście zabrakło kilku piosenek – np. Berkeley’s On Fire czy znane i lubiane przez większość Hannah. Część fanów była zawiedziona też brakiem coveru People, wykonywanego w oryginale przez zespół The 1975. Występ trwał niecałą godzinę, co przy dwupłytowej dyskografii jest raczej przeciętnym wynikiem, chociaż sądzę, że dało wyciągnąć się z tego choć odrobinę więcej.

Jak wszyscy wiemy, stage diving jest elementem punkowych koncertów i nikt raczej temu nie zaprzeczy. Myślę jednak, że mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że są to nielegalne praktyki i scena jest przede wszystkim miejscem dla artysty. Owszem, fajnie jest zbić przysłowiową piątkę z ulubionym muzykiem, ale gdy ochrona zdejmuje Cię ze sceny kolejny raz (niekiedy wręcz na siłę), warto odpuścić. Słyszałam różne głosy, chociażby odnośnie nieprofesjonalnego zachowania pracowników klubu. Moim zdaniem, to co miało miejsce podczas koncertu SWMRS było co najmniej niesmaczne, i to nie do końca z winy osób, które wykonywały swoją pracę.

Muszę przyznać, że choć za pierwszym razem Amerykanie nie przekonali mnie do końca swoją muzyką, tak to co zobaczyłam i usłyszałam teraz, sprawiło, że totalnie przepadłam. Pominąwszy kilka pozamuzycznych ekscesów, oba zespoły spisały się naprawdę świetnie. Zdecydowanie polecam do zapoznania się z ich twórczością!

Czytaj również