Łona i Webber – Nawiasem Mówiąc (2016), recenzja Michała Szuma

Niby rzadszy włos, niby bledszy głos i niby na karku już ponad trzy dychy, ale w ostatecznym rozrachunku wychodzi na to, że Łona i Webber nie zwalniają tempa. Wciąż robią hałas, wciąż nie znają imion tych wszystkich dzieci i wciąż wspominają absurdalny wazon. Tęsknota za latami 90. czy wytrwałość we własnych ideałach? Myślę, że po ciut ciut  z obu tych worków.

Trudno jest recenzować album aż tak dobry w swym przekazie. Utwory na Nawiasem Mówiąc idealnie wpasowują się w tytułową konwencję, której głównym założeniem jest brak założeń. Wszystkie teksty są osobnymi historiami i każdy stanowi odrębny byt, wytworzony gdzieś między potokiem słów mniej lub bardziej ważnych. Jednak tutaj należy zaznaczyć ważną rzecz – ten nieraz banalny wręcz byt, bynajmniej nie oznacza trywializmu: zastosowane środki stylistyczne zgrabnie ubierają poruszaną tematykę w głębszy przekaz, a każde kolejne dno poszczególnych tracków odkrywa się dopiero po kilku-kilkunastu ciągłych przesłuchaniach. Wyzwanie? Jak najbardziej, ale Łona nie pisze swych liryków ku uciesze całej populacji.

Część środowiska nazywa tę formę „rapem inteligenckim”, ale to stwierdzenie jest trochę nieeleganckie i momentami krzywdzące. Zdolności lirczyno-rozkminowe pana Adama są powszechnie znane (przynajmniej w kręgu zainteresowanych), więc dorabianie im jakichkolwiek ramek czy opakowań mija się z celem. Nie po to przecież przemyca on swoje schludnie odziane obserwacje dotyczące mentalność Polaków (Gdzie tak pięknie?), własnych doświadczeń (Nawiasem mówiąc) czy tworu zwanego „rap grą” (Znowu nic), aby w barbarzyński sposób zburzyć ten majestatyczny pomnik i w jego miejsce postawić krasnala ogrodowego.

Jak w takich warunkach odnajdują się bity Webbera? Napisać „genialnie” to mało. Są po prostu integralną częścią utworów – analogicznie do czasu i przestrzeni jako nierozrywalnego tandemu. Tutaj również objawia się ta obraza dla sztuki duetu, przez użycie przymiotnika na literę „i”. Podkłady także przemycają do całokształtu przekazu pewne smaczki (chociażby turkot pociągu w Co tak wyje?). O ich minimalizmie i oszczędności można by, paradoksalnie, napisać kilka książek, ale ograniczmy się do jednego ważnego wniosku: niezależnie od tempa utworu, jego układu na papierze i ilości użytych dźwięków lub sampli, za każdym razem ma to ręce i nogi, a jednocześnie jest bardzo chwytliwe. Idealne do albańskiej rączki.

Szczególnym elementem albumu, odbiegającym od współczesnego rapu, jest flow płynące z ust Łony. Odpowiednia artykulacja (tam gdzie ma przykurwić – przykurwia), wyważone tempo adekwatne do tematyki (szaleńcza pogoń w Błąd lub opóźnienia w Znowu nic) czy stosowanie odstępów (Tola, Maja, Marianka, Lila, Filip, Adam… itd.) i ich brak (Niewiemjakonomanaimie, Cototakwyje, Gdzietakiedzikietłumy), to tylko niektóre zabiegi wpływające na wzbogacenie wartości materiału. Tej niemierzalnej – merytorycznej.

Z pewnością lista wymienionych czynników mających wpływ na sumaryczny obraz Nawiasem Mówiąc jest o wiele dłuższa, ale prawda jest taka, że każdy słuchacz Łony i Webbera ma swoje powody, dla których ta płyta jest dobra. To właśnie tu i teraz natrafiamy na punkt kulminacyjny całej opowiastki. Wszak to właśnie dzięki symbiozie odbiorców i twórców krążek jest tak wielkim majstersztykiem: świadome pojmowanie tych pierwszych pozwala na tworzenie tak niezwykłych rzeczy tym drugim. I to w kraju, w którym robienie którejkolwiek z tych rzeczy nie jest zbyt popularne.

(Brawo, panowie!)

Czytaj również