Cichy narrator. Little Simz – Sometimes I Might Be Introvert, 2021 (recenzja)

Inne recenzje

Rok 2021 nie przyniósł w moim mniemaniu szczególnie dużo muzycznej dobroci. Nawet Ci, którym zasłużenie wręczono tytuły autorów najlepszych albumów ostatnich dwunastu miesięcy nie dali mi tego, czego bym poszukiwał. Nie inaczej postrzegam dzieło Little Simz, której Sometimes I Might Be Introvert rzeczywiście ogrzało mi serduszko, jednak nie wprawiło go w stan miłości od pierwszego wsłuchania.

Little Simz 'Sometimes I Might Be Introvert' Stream | HYPEBEAST

Little Simz to pseudonim brytyjskiej raperki Simbiatu Abisoli Abioli Ajikawo, o której istnieniu wiedziało raczej niewielkie grono melomanów. Do tej pory udało się jej wydać trzy albumy studyjne oraz kilkanaście pobocznych projektów, z czego ostatni, czyli GREY Area, wzbudził niemałe zamieszanie wśród krytyków. Jednak to właśnie jej czwarty album studyjny, który na potrzeby tej recenzji będę nazywać również SIMBI, przyniósł Little Simz cztery nominacje do nagrody Brit Award, w tym za najlepszy krążek roku, oraz całkiem sporą ilość wzmianek w artykułach podsumowujących muzyczny rok 2021, w tym również i NASZYM. I tak jak nie mam wątpliwości, że te wszystkie tytuły dla dzieła Little Simz są zasłużone, tak osobiście nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już przeżywałem.

Sometimes I Might Be Introvert to nieco ponad godzinna podróż po emocjach młodej czarnoskórej kobiety, która niekoniecznie odnajduje się w bardzo krzykliwej rzeczywistości mediów społecznościowych i galopującego kapitalizmu. Little Simz pragnie podbić świat swoimi rymami oraz mądrością, nie zaś darciem japy i rozerotyzowanym tańcem. Dzięki SIMBI, ta zamieniła się w prawdziwą uliczną wieszczkę, która ma wiele do powiedzenia i robi to wprost, nierzadko przeklinając, oczywiście kiedy tego dana chwila wymaga. To album, którego rzeczywiście należy słuchać, tym bardziej, gdy jest stosunkowo cichy, spokojny i niezwykle kameralny w swoich przemyśleniach.

To, co wynosi Sometimes I Might Be Introvert do rangi współczesnego poematu jest jego nierzadko wzniosła warstwa melodyczna. Mamy tutaj do czynienia z dość typowym zbiorem melodii charakterystycznych dla najbardziej rozpoznawalnych czarnoskórych artystek, jakie stąpały po tej dźwięcznej ziemi. Tym samym znajdziemy tu nawiązania oraz inspirację twórczością Lauryn Hill, Niny Simone, Solange, czy Janelle Monáe. I to właśnie ten aspekt, z naciskiem na twórczość Monáe, stanowi dla mnie jego największy problem.

Dzięki orkiestralnym melodiom, które tworzą wręcz filmową atmosferę, oraz połączeniu ich z mieszanką melorecytacji, śpiewu oraz rapowania, Little Simz zbliżyła się do tego, co Janelle Monáe zrobiła już trzykrotnie i to z dużymi sukcesami. I choć nie można tego uznać za wadę SIMBI, tak skojarzenie to było zbyt silne, aby go nie zignorować. Stąd też moje poczucie, że jego autorka nie pozwoliła mi poznać swojego najbardziej osobistego oblicza, nie wyróżniając się szczególnie na tle swoich czarnoskórych sióstr muzyki. Pomimo tego, Little Simz wyraziła swoje zdanie i nie sposób mi powiedzieć, że jej dzieło to odgrzewany kotlet – być może zbyt mało intensywny, jak na mój wyrazisty i wymagający gust.

Największą zaletą SIMBI jest jego wyśmienita produkcja. Każdy utwór, niezależnie od tego czy nawiązuje do soulu, hip-hopu, bądź elektro R&B, jest niczym rozpływający się w ustach kawałek Twojego ulubionego dania. Tym bardziej robi to niesamowite wrażenie, bo są to utwory stosunkowo proste. Zatem w obliczu tak nieskomplikowanych melodii, jej wszelakie mankamenty byłby natychmiast możliwe do wychwycenia. Jednak w przypadku dzieła Little Simz, nie mogę mieć żadnych zarzutów natury technicznej, bo ta postarała się aby każda nutka wybrzmiała w naszych uszach z jak największą siłą.

Z racji, że Sometimes I Might Be Introvert jest albumem koncepcyjnym, na dobrą sprawę mogę go polecić w całości – w końcu jest to główny cel stojący za powstaniem tego rodzaju albumu. Niemniej znalazłem tu kilku swoich ulubieńców, którzy wyróżnili się na tle pozostałych utworów. Z pewnością otwarcie albumu, czyli Introvert, powala na kolana swoją pompatyczną melodią, wzywającą słuchacza do walki o siebie. A propos filmowości, tutaj najlepiej wypadło interludium Gems, które po prostu nie ma sobie równych. To samo tyczy się Standing Ovation, które aż kipi od dumy i pewności siebie swojej autorki. Polubiłem się też z dość spokojnym Little Q, wręcz zabawnym w swojej synthowej melodii Protect My Energy oraz bardzo wyrazistymi Speed oraz Rolling Stone.

Sometimes I Might Be Introvert zrobiło na mnie całkiem spore wrażenie, choć zabrakło mi w nim czegoś bardziej intensywnego i niesamowitego. Little Simz raczej nie zostanie kolejną wielką gwiazdą muzyki, choć na pewno może cieszyć się ze swojego sukcesu jakim jest jej najnowszy krążek. Również i mnie cieszy jej popularność, bo to rzadkość, by tak spokojny album, cieszył się tak głośnym uznaniem. Jednak warto być sobą, nawet jeśli jest introwertyczne.

Little Simz - Sometimes I Might Be Introvert
  • Data premiery: 03 09 2021
  • Single: Introvert; Woman; Rollin Stone; I Love You, I Hate You; Point and Kill
Najlepsze utwory: Introvert, Gems, Standing Ovation, Little Q, Protect My Energy, Rolling Stone
Najsłabsze utwory: brak


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Christian Cieślak
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.

Czytaj również

Rok 2021 nie przyniósł w moim mniemaniu szczególnie dużo muzycznej dobroci. Nawet Ci, którym zasłużenie wręczono tytuły autorów najlepszych albumów ostatnich dwunastu miesięcy nie dali mi tego, czego bym poszukiwał. Nie inaczej postrzegam dzieło Little Simz, której Sometimes I Might Be Introvert rzeczywiście ogrzało mi serduszko,...Cichy narrator. Little Simz – Sometimes I Might Be Introvert, 2021 (recenzja)