Little Mix – Salute (2013), recenzja Zuzanny Janickiej

Najpierw przekonywały, że muzykę mają w swoim DNA, Teraz każą oddawać sobie honory. Czy to girlsband, który ma u stóp cały świat, kilkanaście płytowych bestsellerów, koncerty dla milionowej publiczności i niezliczone nagrody na półce? Nie, to tylko brytyjska grupa Little Mix, która w listopadzie tego roku wydała swój drugi studyjny krążek Salute.

Dziewczyny robią na razie wszystko, by osoba nieznająca ich muzyki nazywała je żeńskim odpowiednikiem One Direction. A jaką reputację u słuchaczy ma ten boysband, wspominać nie trzeba. Nastolatki kochają, inni pukają się tylko w czoło, jak można piszczeć na dźwięk każdej nowej piosenki tych kolesi. Zespół Little Mix, podobnie jak One Direction, powołany do życia został w programie X-Factor. Perrie, Jesy, Leigh-Anne oraz Jade na castingach pojawiły się jako solistki. Trzeba było jednak wypełnić lukę w zespołach i producenci show wpadli na pomysł stworzenia nowego girlsbandu. To nie koniec podobieństw. Zarówno One Direction jak i Little Mix nagrywają nowe utwory hurtowo i rezerwują sobie czas w listopadzie na wydanie nowych płyt. Na tym może zakończmy. Muzycznie One Direction i Little Mix należą do innych bajek.

Chociaż pierwsze girlsbandy zaczęły powstawać już w latach 60., swoje 5. minut miały dopiero trzy dekady później. A może raczej nie pięć minut, ale dobre z dziesięć lat. Lata 90. były złotym wiekiem żeńskich grup wokalnych. Destiny’s Child, TLC, Spice Girls, En Vogue. To tylko fragment długiej listy girlsbandów, które podbijały serca słuchaczy na całym świecie. A dzisiaj? W czasach współczesnych większe zainteresowanie generują grupy rockowe i metalowe. Działające jeszcze parę lat temu girlsbandy (m.in. Girls Aloud czy The Pussycat Dolls) zostały rozwiązane. Niszę powstałą po ich zniknięciu starają się zapełnić dziewczyny z Little Mix. Na razie z niezłym skutkiem.

Wydany równo rok temu album DNA zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Był radosny, optymistyczny, a niektóre piosenki (np. Wings czy Red Planet) rano potrafiły zastąpić mi kawę. Utwory łączyły w sobie elementy takich gatunków jak pop, dance czy r&b. Brzmienie Salute nie odstaje bardzo od debiutanckich kompozycji grupy, jednak jest silniej osadzone w latach 90. (Mr. Loverboy, Move). Uwielbiam takie powroty do przeszłości. Kiedy mam już po dziurki w nosi współczesnej muzyki, sięgam właśnie po albumy sprzed jakiś dwudziestu lat (najczęściej po Secret Toni Braxton i Music Box Mariah Carey). Cieszę się, że piosenki Little Mix pomagają mi w myślach przywołać lata 90.

To już chyba tradycja, że płyty brytyjskiego girlsbandu rozpoczynają się całkiem dobrymi kompozycjami. W przypadku DNA było to szybkie Wings, tu mamy poświęcone kobietom Salute. Podkład muzyczny (głównie refrenu) jest bardzo wyrazisty. Podobają mi się również odniesienia do wojska – dziewczyny m.in. szukają rekrutów do swojej kobiecej armii. Jednak sama piosenka od uwielbianego przeze mnie Wings odstaje. Mogłaby być mocniejsza, bo pojawiające się raz po razu spokojniejsze fragmenty zaburzają jej spójność i, co za tym idzie, odpowiedni odbiór. Singlowy kawałek Move to naładowana energią kompozycja. W słodkim, rhythm-and-bluesowym Mr. Loverboy wydaje mi się, że co jakiś czas słyszę Mariah Carey – jedna z dziewczyn nieźle ją naśladuje.

Wyprodukowane przez team TMS (współpracowali z dziewczynami również przy debiucie) Little Me łączy w sobie nowoczesność (bit) z klasyką (smyczki). Miks całkiem udany, choć z początku zupełnie nie przypadł mi do gustu, bo po prostu wolę, kiedy sprawa postawiona jest jasno – albo pokazujemy Little Mix od elegantszej strony, albo produkujemy kawałek, który, jeśli zostanie singlem, będzie grany w radiu. Dużej kariery Little Me nie wróżę, ale zadziorne Nothing Feels Like You ma szansę stać się przebojem. Refren wpada w ucho, choć, moim zdaniem, jest nieco kiczowaty. Spokojne Towers to kolejna kompozycja, która zakorzeniona jest w latach 90. Ale czy i wam początek nie przypomina nieco Halo Beyonce? Inspiracje nie tylko Beyonce, ale i jej zespołem Destiny’s Child czuć w niejednym utworze. Wystarczy posłuchać chociażby świetnie zaśpiewanego a capella początku piosenki Boy. Być może, gdyby trio zza Oceanu nie podjęło decyzji o zawieszeniu działalności, nagrywałyby dzisiaj takie utwory jak About the Boy, będące jedną z najbardziej przebojowych i chwytliwych piosenek na Salute. Destiny’s Child nie chciałabym jednak usłyszeć w szybkim i tanecznym A Different Beat, które ma w sobie więcej z popu niż r&b.

Nie mogło na Salute zabraknąć i ballad. Moją ulubioną bez dwóch zdań jest emocjonalne Good Enougt, w którym – w przeciwieństwie do spokojnego, ale mającego sporo mocy i radiowego potencjału Little Me – nie poskąpiono orkiestrowych elementów. Na prawie samo pianino postawiono zaś w cichym i delikatnym These Four Walls.

Pytaniem, jakie sobie zadałam przed zapoznaniem się z albumem Salute, było, czy dziewczyny przeskoczą poprzeczkę, którą ustawiły sobie wysoko na DNA. Nic takiego się jednak nie stało, gdyż oba albumy są równe. Nie zdziwiłabym się więc, gdyby ktoś mi powiedział, że wszystkie piosenki z drugiego krążka girlsbandu powstały chwilę po tych pierwszych, a może nawet i podczas sesji nagraniowej do debiutu.

Little Mix

Czytaj również