W maju ukazał się długo oczekiwany przez fanów szwedzkiej grupy Little Dragon krążek Nabuma Rubberband. Zespół istnieje na rynku muzycznym od 2007 roku i z całą pewnością jest doskonale znany wszystkim koneserom współczesnych, elektroniczno-synthpopowych brzmień. Ci, którzy słabiej orientują się w nowinkach, zapewne kojarzą Little Dragon z wręcz kultowym już dziś utworem Twice, który posłużył jako motyw muzyczny kilku odcinków amerykańskiego serialu „Grey’s Anatomy”. Płyta Nabuma Rubberband to już czwarty album wykonawców.
Trzeba przyznać, że od czasu ukazania się pierwszego albumu zespół przeszedł sporą muzyczną metamorfozę i wydaje się, że to właśnie krążek Nabuma Rubberband jest jej pełnym i dojrzałym obrazem. Znacznie tu więcej refleksyjnych, chwilami widmowych, jakby rozmytych kawałków, które do tej pory jeśli już się pojawiały to raczej rzadko.
Oczywiście co więksi pasjonaci mogliby się zapewne oburzyć, bo co prawda Ritual Union rzeczywiście od początku utrzymuje się w tonacji odpowiadającej tematycznie raczej letniej imprezie na plaży, niż rafleksyjnym przechadzkom po lesie, ale przecież w końcu na Machine Dreams było to smętne Thunder Love, czy Fortune. Owszem – było. I właściwie na nich można by tę wyliczankę skończyć.
Na Nabuma Rubberband mamy natomiast do czynienia niemalże ze swoistą inwazją obcych do tej pory w twórczości zespołu brzmień z pogranicza snu i jawy, synth popu i ambientu. Dźwięki sączą się niespiesznie, niby w zwolnionym tempie a jednak zaskakująco melodycznie.
Już pierwszy utwór Mirror, pełniący rolę swego rodzaju intro wydaje się dość mocno korespondować z gatunkiem ambient. Dzięki temu, że wokal pojawia się w przerwach między wiodącym dwutaktem, wydaje się rozpływać w industrialno-ambientowym, przywodzącym na myśl podkład muzyczny do dreszczowców tle, choć jest tu dość mocno zarysowany i silny. Zupełnie inny klimat panuje w singlowym kawałku Klapp Klapp. Dynamiczne, synth popowe i bardzo rytmiczne dźwięki wraz z całkiem chwytliwą linią melodyczną wydają się wróżyć utworowi dość spory sukces na wszystkich imprezach nadchodzącego lata.
Warto zobaczyć również teledysk, bo zmysłowa, ciemnoskóra tancerka wijąca się na cmentarzu w dzikim, plemiennym tańcu jest widokiem dość niespotykanym, a z całą pewnością przy wtórze skocznej elektroniki kompletnie nieoczekiwanym.
Z kawałkiem Klapp Klapp wydaje się korespondować Killing me oraz Pink Cloud, które co prawda dzieli od utworu singlowego aż siedem innych utworów, ale które wydają się rozwijać według tego samego schematu muzycznego. Kolejny utwór, Pretty Girls, bawi się konwencją i muzykę elektroniczną okrasza sporą dawką etnicznej muzyki pleminnej, dodając szczyptę celtyckich, lirycznych wstawek spod znaku takich artystów jak Enya, czy Clannad. Underbart z kolei pomimo silnie zrytmizowanego tła muzycznego we wstawkach refrenowych przeradza się w jakąś dziwną, rzadko spotykaną na poprzednich płytach Little Dragon kosmiczno-muzyczną harmonię. Kawałek jest żywym dowodem na to, że artyści nie boją się wykorzystywać niejednopłaszczyznowej konstrukcji wokalnej i częstych zmian tonacji, bo całość paradoksalnie zachowuje idealną melodykę.
Podobny „kosmiczny” klimat utrzymuje się w kawałku Cat Rider. Utwór, co prawda, stanowczo odbiega rytmiką od kawałka Underbart i jest konsekwentnie utrzymywany w senno-nostalgicznym klimacie, ale słuchając go, można odnieść wrażenie że gdzieś tam w tle prześwieca jasne, nocne niebo, a jego harmonia jest porównywalna z harmonią kojących dźwięków utworu.
Zbliżona nastrojowość dominuje w drugim singlu Szwedów, Paris. Utwór jest niby dynamiczny, napędzany szybko następującymi po sobie elektronicznym rytmami tła, a jednak w sercu dominuje powtarzany raz po raz czterodźwięk, pnący się raz w górę, to znowu w dół i wprowadzający w pewnego rodzaju hipnotyczną zadumę, zaś wokal w jego sąsiedztwie wydaje się dochodzić z jakiegoś innego wymiaru. Niby zza szyby, a jednak cokolwiek dalej.
Pokrewne odczucia budzi tytułowy utwór płyty. Nabuma Rubberband to kontynuacja muzycznego nastoju melancholii i swoistej „deszczowości”. Podbijane w refrenach do wysokich rejestrów partie wokalne trudno wyobrazić sobie w inny sposób niż właśnie w nostalgicznych oparach ulewnych letnich deszczy. Również Only One mieści się w tej samej grupie utworów. Widmowe brzmienie z pogranicza ambientu i rozmyty, niewyraźny wokal w asyście licznych ech, pogłosów i zapętleń owocują zamierzonym zapewne efektem drżenia i upłynniania się rzeczywistości.
No i nareszcie podsumowujące Let Go, niczym powiew burzowego wiatru. Zatracający się gdzieś między wpadającymi w siebie nawzajem dźwiękami wokal, wydaje się wciąż nie nadążać za linią melodyczną a jednak doskonale się z nią zgrywa. Ambient ociera się o skoczną elektronikę, choć nie przeszkadza mu to czerpać pełnymi garściami z muzyki etnicznej.
Wrażenie jest niesamowite a płyta dopracowana, co do jednej nuty. Kto chce na własne oczy zobaczyć a przede wszystkim usłyszeć (!) jak brzmią na żywo, teraz ma szansę, bo pojawią się na Audioriver w Płocku między 25 a 27 lipca.

