Linkin Park – One More Light Live (2017), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

W zeszłym roku niestety pożegnaliśmy jeden z najwybitniejszych rockowych wokali obecnych lat. Ze światem muzyki, i nie tylko, pożegnał się Chester Bennington. Jak się okazało 20 lipca 2017 był tym dniem, w którym wyszło na to, że grupa Linkin Park już nigdy nie zagra w tym samym składzie, a przede wszystkim, nie zagra w towarzystwie przyjaciela Chaza. Z tej też okazji na półkach sklepowych ukazał się trzeci w dyskografii live album zespołu One More Light Live. Grupa zarejestrowała na płycie kilkanaście utworów, które zostały zagrane podczas trasy koncertowej.

Co warto zaznaczyć, zespół podczas śmierci Chestera, był w trakcie trasy koncertowej promującej najnowsze studyjne wydawnictwo One More Light. Fanom w Polsce na szczęście udało się jeszcze usłyszeć swoich idoli w pełnym składzie na Impact Festival w Krakowie, bowiem zespół przyjechał do naszego kraju na miesiąc przed tragicznym wydarzeniem. Późniejsza część trasy została odwołana.

Wracając do albumu One More Light Live, bo to jednak o nim mowa, można dojść do głównego wniosku, że etap płyt live w wykonaniu Linkin Park minął już dawno temu. Bo kto z nas nie kocha Live in Texas, wydanego w 2003 roku. Tych nieopierzonych LP, w których drzemało jeszcze zdecydowanie więcej rockowej, czy nu-metalowej siły niż obecnie. Jednakże, pomimo, że sam krążek One More Light nie spotkał się z dużą przychylnością fanów i uzyskał wiele negatywnych opnii, wielu fanów nadal zostało z zespołem. Podczas trasy koncertowej One More Light Linkini prezentowali nam wiele utworów z owego wydawnictwa, ale także nie zapomnieli o tym, żeby chociaż na moment cofnąć się nawet do Hybrydy z 2000 roku.

Dlatego też i sam krążek One More Light Live można ocenić w dwóch aspektach. Tego typowo technicznego, bądź skupić się na utworach, o których w dużej mierze opinię mam średnią (recenzja One More Light, polecam ;) ). Dlatego też, omówmy to pokrótce w obu kierunkach. Jeśli chodzi o aspekty techniczne – co do samej muzyki – tam nigdy chyba nie da się do niczego przyczepić. Utwory są zmiksowane w bardzo dobry sposób – może momentami brakuje tam trochę silniejszego basu. Są po prostu „suche”. Na pierwszym planie w utworach zawsze pojawia się wokal Chestera. Sama muzyka jest delikatnie stłumiona, co przy okrojonej ilości instrumentariów, szczególnie w nowych utworach jest bardzo widoczne. Jednak bardziej drażni uszy, kiedy odsłuchujemy takich legend jak Numb, What I’ve Done czy In the End. Z drugiej strony, w końcu to krążek oddany właśnie na cześć Cherstera, więc dlaczego nie mielibyśmy posłuchać go trochę głośniej.

Patrząc z perspektywy utworów mamy drugą stronę medalu. Większość utworów na krążku pochodzi jednak z najnowszego albumu studyjnego, który, umówmy się, wybitny nie jest. W dużej mierze czysta elektronika, czy dźwięki podchodzące pod pop, nie zrobią takiego samego efektu jak to, za co kochamy LP od lat. Jednak tak jak wspomniałam, utwory ze starszych płyt również się pojawiają i to jednak one robią całą robotę. One podsycają nasze iskierki rockowej siły. Na czele wychodzi tutaj Bleed It Out, zamykające krążek. Ale to jest właśnie takie LP, które kochamy. Wyraźny gitarowy riff, rapujący Mike i scream Chestera. Dodatkowo odśpiewany jak zwykle refren In the End i od razu przypominają się koncerty za czasów Meteory, czy nawet  Living Things. Wisienką, czy jak kto woli, truskawką, na torcie jest akustyczne Crawling. Tutaj pomimo tego, że kompozycja w oryginale należy do tych, przy których mocy nie brakuje, w takiej wersji brzmi pięknie. Jest tym utworem, w którym Chester najlepiej pokazał to, co potrafił najlepiej.

Ciężko jest oceniać album live, zaledwie z jego ścieżki dźwiękowej, gdyż koncert to w dużej mierze atmosfera, światła, wizualizacje, a przede wszystkim widok postaci zespołu. Ich twarzy, zachowań, emocji. Jednak do takich krążków często warto wracać ze względu na czystość i brak ingerencji wszelakiej maści komputerów.

Czytaj również