W ramach swojej najnowszej trasy Brave Enough Tour Lindsey Stirling dała w Polsce dwa koncerty. Jeden z nich odbył się w Hali nr 2 MTP w Poznaniu. To właśnie tam miałem przyjemność spełnić swoje marzenie i zobaczyć skrzypaczkę na żywo. Był to bez wątpienia najlepszy koncert na jakim do tej pory byłem.
Już od pierwszego utworu wiedziałem, że będzie to niezwykłe show. Gra świateł i scenografia zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Przy każdym utworze na ekranach wyświetlane były obrazy pasujące do danego kawałka. Trzeba przyznać, że był to miły akcent, który dodawał odpowiedniego klimatu każdej piosence. Podczas jednej z przerw, gdy skrzypaczka zmieniała strój, wyświetlony został również krótki filmik zza kulis, który z pewnością rozbawił każdego, kto rozumie język angielski. Przejdźmy jednak do gwiazdy głównej, czyli samej Lindsey.

Co tu dużo mówić. Dziewczyna to jeden wielki wulkan energii. Przez cały koncert Stirling skakała, tańczyła i biegała z jednego końca sceny na drugi. Nawet na moment nie dała po sobie poznać, że jest zmęczona i wszystko wykonywała perfekcyjnie. Każdy jej ruch, manewr, krok, wszystko było idealnie w punkt. Lindsey nie zamierzała jedynie odstawić show przed swoimi fanami i zniknąć. Dziewczyna wielokrotnie zwracała się do nas, opowiadała o sobie oraz o kolejnych utworach. W pewnym momencie wspomniała również dwie bliskie jej osoby, które odeszły. Mowa tutaj o jej tacie oraz przyjacielu z zespołu, który miał na imię Gavi. Stirling zadedykowała im dwa utwory, Gavi’s Song oraz Those Days. Osobiście podziwiam ją za siłę oraz pozytywną energię, którą w sobie ma. Pomimo takiej straty Lindsey wciąż idzie do przodu, wierzy, że jej bliscy patrzą na nią z góry i że kiedyś ponownie się z nimi spotka. Taka postawa jest godna podziwu.
Oczywiście na scenie skrzypaczka nie występowała sama. Stale towarzyszyli jej dwaj panowie – jeden z nich grał na perkusji, drugi natomiast na klawiszach i gitarze. Poza nimi w ekipie Stirling znalazły się również cztery tancerki, które dołączały do niej w niektórych utworach. Trzeba przyznać, że cała siódemka tworzyła na scenie jedność. Widać było po każdym z nich z osobna, że kochają to co robią i cieszą się każdą minutą tego show.
Na setliście znalazły się głównie utwory z najnowszego albumu Brave Enough, jednak nie zabrakło starszych kawałków takich jak Crystallize czy Roundtable Rival. W pewnym momencie skrzypaczka usiadła na scenie wraz z dwoma panami i wykonała na miniaturowych skrzypcach m.in. piosenkę Skyrim oraz fragment znanego wszystkim utworu z filmu Harry Potter. Mi osobiście najbardziej podobały się wykonania Mirage, kiedy to koncert na moment zmienił się w bollywoodzki film oraz The Arena, kiedy Lindsey dała pełen popis swoich umiejętności. Wielkim zaskoczeniem był dla mnie pokaz magiczny w trakcie utworu Hold My Heart. Spodziewałem się po Stirling niezwykłych choreografii, bajecznej scenografii, ale nigdy w życiu nie pomyślałbym, że dziewczyna da się przeciąć na pół na oczach setek fanów.
Koncert Lindsey Stirling mogę śmiało polecić każdemu, kto lubi tego typu muzykę. Dodatkowo dziewczyna i jej zespół robią niezwykłe show, które sprawia, że godziny mijają jak minuty, a człowiek ma ochotę na więcej, więcej i jeszcze raz więcej. Ja z pewnością wybiorę się na kolejnym koncert skrzypaczki, gdy powróci do nas, jak to zapowiedziała, przy okazji kolejnej trasy.




















