Na najnowszym albumie Lindsey Stirling postanowiła wcielić się w postać Artemidy, greckiej bogini łowów i księżyca. Jak przystało na skrzypaczkę, płyta Artemis jest następnym rozdziałem jej historii. Całe nagranie, chociaż nie zawiera zbyt wielu partii wokalnych, jest opowieścią o nadziei, a wspomniany wcześniej księżyc ma tutaj ogromne znaczenie. Na nowej płycie Lindsey opowiada nam o tym, że tak jak księżyc, choć czasami znajdujemy się w ciemności, to zawsze wracamy i świecimy jasno.
Pierwsze zapowiedzi płyty różniły się od siebie diametralnie. Undeground, czyli kawałek, który otwiera całe wydawnictwo, jest bardzo tajemniczą kompozycją. W połączeniu z teledyskiem jasno jednak kreuje obraz mrocznego początku. W tym utworze mamy do czynienia z osobą uwięzioną w nieprzyjemnym miejscu, która za wszelką cenę chce się z niego wyrwać. Drugi singiel jest natomiast końcowym rozdziałem całej historii. W The Upside słyszymy radość, energię i chęć do życia. Wiemy więc, że tytułowej postaci udało się wyjść z cienia i jak księżyc, ponownie świeci jasno na niebie. Pytanie jednak, przez co musiała przejść Artemida/Lindsey, aby dotrzeć do tego momentu?
Odpowiedzi na to pytanie znajdziemy w poszczególnych utworach. Każdy z nich, to osobny rozdział, w którym nasza bohaterka zmaga się z nowymi wyzwaniami. Artemis jest swego rodzaju przygotowaniem do walki. W piosence mamy odpowiednio zbudowane napięcie oraz moment kulminacyjny, w którym bohaterka staje do walki ze swoim głównym wrogiem. Mistrzowskie połączenie skrzypiec, mocnego bitu i delikatnych wokaliz w wykonaniu samej Lindsey. Więcej wokalu Stirling możemy usłyszeć w piosence Foreverglow. Zdecydowanie największe zaskoczenie. Co prawda skrzypaczka nie raz używała wokalu w swoich utworach, jednak jeszcze nigdy nie udało jej się stworzyć tak magicznej kombinacji brzmień EDM ze skrzypcami i partiami wokalnymi.
Skoro już jesteśmy przy partiach wokalnych. Tym razem Lindsey postanowiła ograniczyć ilość gości do minimum i przy nowym albumie współpracowała jedynie z dwiema wokalistkami. Elle King możemy usłyszeć na samym końcu w nieco zmienionej wersji utworu The Upside. Dodanie akurat do tej kompozycji wokalu było strzałem w dziesiątkę. Drugim gościem na płycie jest Amy Lee. Jeżeli chodzi o Love Goes On And On, to mogę powiedzieć jedno, mistrzostwo. Mam wielką nadzieję, że te dwie artystki któregoś dnia zdecydują się nagrać wspólna płytę, bo ich połączenia mógłbym słuchać godzinami.
Miłośnicy muzyki Lindsey, którzy wolą, gdy skrzypce są ewidentnie na pierwszym planie powinni od razu przesłuchać kompozycji Between Twilight. Przy tym utworze można w pełni odprężyć się i zrelaksować. Dla zwiększenia efektu polecam zamknąć oczy i zwyczajnie dać muzyce się ponieść. Natomiast tym, którzy kochają debiutancki album artystki i chcą poczuć niewielki throwback polecam szczególnie utwór Sleepwalking. Słuchając go czułem, jakbym miał do czynienia z Lindsey za czasów debiutu. Możliwe, że właśnie taki był cel tego utworu. W końcu gdy chcemy na nowo podnieść się po jakiejś porażce czy ciężkiej sytuacji, czasami warto spojrzeć wstecz, aby móc w pełni ruszyć do przodu.
Po 3 płytach, a gdy liczyć świąteczną to 4, można by pomyśleć, że Lindsey stała się już wirtuozem skrzypiec i mistrzem swojego gatunku i nie bardzo będzie miała jak zaskoczyć swoich fanów. Nic bardziej mylnego! Pierwsza część zgadza się w 100%, jednak Stirling nigdy nie przestanie doskonalić swojego stylu i próbować nowych rzeczy. Dowodem na to są utwory Masquerade oraz Til the Light Goes Out, które z pewnością są czymś nowym i odmiennym od stworzonych do tej pory przez artystkę utworów. Do intrygujących utworów należy również zaliczyć Darkside, w którym usłyszymy przeplatankę pstrykania palcami, klaskania, skubania wiolonczeli i dobrze znanego dźwięku skrzypiec. Ten utwór z pewnością zasługuje na ogromne wyróżnienie.
Pod koniec płyty możemy usłyszeć dwa utwory będące istnym triumfem bohaterki, której zdecydowanie udało się uciec od mroku i znów iść przed siebie z podniesioną głową. Guardian jest kompozycją, której magii nie jestem w stanie wyjaśnić. Utwór ten sprawia, że uśmiech sam wskakuje na twarz, a płomyczek nadziei płonie jasno, nie ważne od tego w jak złej sytuacji życiowej by się nie było. Podobnie efekt wywiera słuchanie piosenki Aurora. Nadaje się ona idealnie jako tło do jednej z końcowych scen filmu, w której główna bohaterka idzie przed siebie szczęśliwie i z nadzieją patrzy w przyszłość.
Tak jak już wcześniej wspomniałem, Lindsey Stirling bez wątpienia jest mistrzynią w swoim gatunku. Najlepsze w jej muzyce jest jednak to, że dziewczyna wciąż ją doskonali. Gdyby porównać ze sobą wszystkie płyty skrzypaczki, to każda z nich stanowi inny rozdział jednej książki. Najnowszy, zatytułowany Artemis, trafił w najczulsze punkty mojego serca. Ogromną sztuką jest zrobić genialny album, którego każdy element jest pozytywnie odbierany przez słuchacza. Zdecydowanie łatwiej jest jednak to osiągnąć, gdy każdy z utworów na nim zawartych zawiera słowa i teksty, które o wiele łatwiej docierają do słuchaczy niż sama melodia. Lindsey Stirling udało się jednak stworzyć piękną płytę z minimalnym udziałem słów. Dziewczyna bez wątpienia jest Artystką przez ogromne A. To co tworzy za pomocą instrumentów, to już nawet nie muzyka, a sztuka. Chapeau bas Lindsey !
- Data premiery: 06 09 2019
- Single: Underground, The Upside, Artemis

