Mam słabość do głębokich męskich wokali. Nic zatem dziwnego, że gdy pierwszy raz usłyszałam charakterystyczny głos Limboskiego, od razu zainteresowałam się jego twórczością. Najnowszym wydawnictwem artysty jest album Poliamoria, wydany w kwietniu tego roku, stanowiący hybrydę kilku gatunków muzycznych – klamrą wszystkich tych różnorodnych dźwięków jest przyjemny rock. W połączeniu z niską barwą głosu artysty otrzymaliśmy coś intrygującego, choć niekoniecznie coś, co usatysfakcjonowałoby mnie w stu procentach.
Kariera Limboskiego zdaje się nabierać rozpędu właśnie dzięki premierze Poliamorii, choć tak naprawdę artysta ma już spore doświadczenie sceniczne. Występował w znanym show Must Be The Music. Tylko muzyka, w którym dotarł do półfinału. Płyta Tribute To Georgie Buck dała mu nominację do Fryderyka 2012, a cztery lata później wydał aż dwa albumy – One Man Madness i W Trawie. I Jeszcze Inne Młode.
Zasadniczo na Poliamorii znajdziemy wszystko to, czego prawdziwy miłośnik rocka potrzebuje – mocny wokal, energiczne brzmienie, emocjonalne teksty i dużą dawkę gitar. A mimo wszystko czegoś brakuje. Chyba takiej kropki nad i, jakiegoś elementu, dzięki któremu byłabym absolutnie zachwycona tą płytą. Tymczasem do zachwytu mi daleko, choć trzeba przyznać, że Poliamorii słucha się po prostu dobrze. Bez fajerwerków, niestety, ale jest nieźle.
Płytę otwiera krótkie, acz intensywne Pogrzeb mnie, które doskonale wprowadza w nastrój całego albumu. Następne w kolejności W Naszym Małym Dziwnym Mieście zahacza co nieco o big bit. Taneczny rytm i staroświecki chórek w połączeniu z głosem Limboskiego dały świetny efekt, na który aż uśmiechnęłam się pod nosem. Singlowe Czarne Bramy nie robią na mnie większego wrażenia, choć należy przyznać, że noga sama rwie się do tańca, ewentualnie do mimowolnego tupania w rytm piosenki.
Obiecująco zaczyna się W moją stronę, które do pewnego momentu jest naprawdę wciągającą kompozycją, ale nadchodzi taka chwila, kiedy mamy przesyt powtarzania fraz w moją stronę i poddaj się i płacz, więc ze zniecierpliwieniem przełączamy utwór. Szkoda, że trochę przekombinowano tę kompozycję; gdyby była trochę krótsza, sprawiałaby więcej frajdy. Nie mogę natomiast narzekać na Sunie, nomen omen snujący się rytm, podkręcony wyraźnymi gitarami. Jest to mój ulubiony utwór z Poliamorii, podobnie jak Melancholia, utrzymana w spokojnym, choć charakternym klimacie. W tej piosence najbardziej podoba mi się tekst, który wydaje się prosty i bezpośredni, ale ma drugie dno.
Chciałabym pochwalić jeszcze Nie idź tam, Księżyc płonie, Z fantazją oraz Tu na dole. Pierwsza z wymienionych to romantyczne, jazzowo-bluesowe nagranie, do którego można się pobujać. Księżyc płonie jest już mocniejszmy uderzeniem, w którym sporo się dzieje i które przykuwa uwagę swoją różnorodnością; Z fantazją znów wkracza w zrównoważone, liryczne rewiry, natomiast Tu na dole oparte na pianinie zaprasza do tańca, dobrej zabawy i podśpiewywania razem z wokalistą sylaby la la la la.
Mam dość mieszane uczucia względem tej płyty. Jest tutaj sporo porządnych kawałków, które mogą się podobać, które mogą zostać z nami na dłużej niż na krótką chwilę, które mogą wywołać emocje, co przecież jest w muzyce najważniejsze. I choć czerpałam radość ze słuchania Poliamorii, czuję pewien niedosyt. Odnoszę wrażenie, że mogło być lepiej i że Limboskiego stać na więcej. Dlatego nie skreślam go i będę bacznie obserwować, żywiąc nadzieję, że Poliamoria, płyta jakkolwiek udana i poprawna, stanowi preludium do jeszcze lepszych tworów artysty. Trzymam kciuki.
