Lilly Hates Roses zagrali w Rzeszowie, relacja Aleksandry Żeleźnik

Rzeszów deszczowo przywitał zespół Lilly Hates Roses. Muzycy na drugim przystanku w ramach obecnej trasy koncertowej Mokotów Live wystąpili w stolicy województwa podkarpackiego. Oprócz piosenek z debiutu nie zabrakło także najnowszych kompozycji z ich ubiegłorocznego krążka. Chcecie poczytać jak było? Służę pomocą.

19 lutego 2016 roku w Rzeszowie w klubie Underground Pub wystąpił polski duet muzyczny – Lilly Hates Roses, w skład którego wchodzą: Kamil Durski oraz Katarzyna Golomska. Wydarzenie to, jak już wyżej wspomniałam było drugim przystankiem grupy na trasie koncertowej zatytułowanej nie bez kozery Mokotów Live. Swoimi występami muzycy promują bowiem w dalszym ciągu swoje drugie długogrające wydawnictwo – Mokotów, które światło dzienne ujrzało 30 czerwca 2015 roku nakładem Sony Music. Przyznam szczerze i bez bicia, nie miałam pojęcia czego się spodziewać, a wszystko przez to, że nie miałam najzwyczajniej na świecie okazji wcześniej usłyszeć zespołu na żywo. Tym bardziej z wypiekami na twarzy czekałam na ten występ.

Koncert wystartował równo o 19:30 powitaniem muzyków. Już po chwili zaczęły płynąć tak typowe dla zespołu melodie, które jak się okazało każdy zebrany w klubie znał. Nie dało się nie zauważyć, że muzycy cieszą się z drugiego spotkania z rzeszowską publicznością, cieszą się, że mogą zaprezentować swoją twórczość przed jakby nie mówić kameralną widownią. Trochę szkoda, bo to, co pokazali zasługuje na uznanie jak największej rzeszy ludzi. Underground Pub wraz ze swoim klimatem okazał się strzałem w dziesiątkę.

Wracając do meritum, czyli tego, co najważniejsze, a mianowicie koncert. Dopracowany od początku do końca. Setlista okazała się istnym majstersztykiem przeplatając w sobie utwory spokojne, liryczne, z istnymi wulkanami energii do których tak trudno ustać w miejscu. Kompozycję w języku polskim (Fang Shui, Kto jeśli nie my?, Zza kwiatów czy Mokotów) pomieszane z piosenkami anglojęzycznymi (Youth, Predictable, All I Ever) sprawiły, że setlista prezentowała się bogato, światowo, ale w tak kochanym przeze mnie polskim wydaniu. Wybór kawałków okazał się nader wyważony, skrupulatny – nie zabrakło w nim niczego.


To, co jeszcze tak bardzo urzekło to fakt, że utwory prezentowane przez zespół live brzmią równie dobrze, bądź nawet zaryzykuję stwierdzenie, że są jeszcze lepsze niż w wydaniu studyjnym. Głosy muzyków idealnie do siebie pasują tworząc harmonię, którą tak – da się wyczuć w wersjach płytowych…, ale dopiero po usłyszeniu ich na żywo można śmiało stwierdzić, że to jest to coś. Coś, co sprawia, że zespół działa jak dobrze naoliwiona maszyna – bez zgrzytów, samowystarczalnie. I to jest właśnie piękne w Lilly Hates Roses.

Kolejna sprawa to interakcja muzyków z publicznością. Bez skrępowania „porwali” w rytm utworów każdą osobę na sali. Swoim występem oczarowali Underground Pub, a bezpośrednim kontaktem kupili niedowiarków. Artyści żartowali, chwalili widownię za wspólne śpiewanie, dziękowali po każdej pojedynczej piosence. Widownia odwdzięczyła się piękną znajomością tekstów i genialną zabawą.

Istnymi perełkami, które można wyciągnąć z ponad godzinnego występu grupy były wykonania petardy. Pierwszą okazał się dokładnie tak jak się spodziewałam tytułowy singiel Mokotów. Sala wręcz oszalała. Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że na palcach jednej ręki dało się policzyć osoby, które kompletnie nie znały tekstu. Z drugiej strony to też nie przeszkadzało im w zabawie, więc muzyka zrobiła swoje. Dobrym podsumowaniem może być komplement Katarzyny w stronę widowni, która stwierdziła, cytując: „pięknie śpiewacie”.

Druga petarda to istny funk w piosence Tommy’ego SparksaShe’s Got Me Dancing. Jak się później okazało to jeden z dwóch coverów, które muzycy wykonali tego wieczoru. No po prostu cudo w czystej postaci. Dynamika, żywiołowość… aż się chciało tańczyć i śpiewać razem z nimi.

Trzecią petardą okazał się – i tak, tego w ogóle się nie spodziewałam – drugi cover, tym razem kompozycji Sweet Bitter Symphony od zespołu The Verve. Cóż to było za zakończenie wieczoru. Piękny głos „Lilly” w zwrotce zawładnął moim sercem. I pomimo, że aranżacja została ciut zmieniona (tak, aby wpasowała się w styl muzyczny duetu) to nadała temu utworowi niesamowity wydźwięk. Dodatkowo mogłabym się zachwycać nad aspektem innych aranżacji i ich wykonaniem przez zespół. Żeby nie przedłużać powiem tylko tyle: perkusja rządzi, klawisze boskie, a gitara w solówkach to coś, w czym można się zakochać.


Skromni i tak piekielnie utalentowani! Na żywo brzmią świetnie. Nie ważne czy w swoim repertuarze czy też nie. Nie ważne czy w piosenkach wolnych, sentymentalnych, melancholijnych czy w kompozycjach szybkich, dynamicznych, bardziej „rockowych”. W tym konkretnym przypadku talent obronił się sam.

Taki mały apel na koniec: jeśli tylko będziecie mieć możliwość uczestniczenia w ich koncercie to nie wahajcie się ani chwili. To, co się tam wyprawia to czysta kwintesencja muzyki.

Zdjęcia: archiwum własne

Czytaj również