„Let Love Rule. Autobiografia” (2021) – Lenny Kravitz, David Ritz. Recenzja Dominiki Pawłowskiej

Inne recenzje

Gitarzysta, kompozytor, wokalista, multiinstrumentalista, producent, aktor – nie da się ukryć, że przez czterdzieści lat kariery, Lenny Kravitz zdążył zyskać miano legendy rocka. Muzyk wydał w ubiegłym roku autobiografię, która w połowie września pojawiła się także w Polsce. Let Love Rule. Autobiografia może się jednak okazać zaskoczeniem dla czytelnika, który oczekiwałby opowieści o rock and rollowym życiu – na to jednak przyjdzie jeszcze czas. Najpierw jednak Lenny podzielił się ze światem intymną opowieścią o swoich korzeniach, o początkach, dwojakiej naturze i drodze do odnalezienia sensu.

Let Love Rule od samego początku reklamowana była jako autobiografia Lenny’ego Kravitza, jednak legendarny muzyk nie jest jej jedynym autorem. Obok artysty widnieje nazwisko Davida Ritza, czyli amerykańskiego pisarza, specjalizującego się właśnie w współtworzeniu autobiografii muzyków. Autor ma na swoim koncie książki współpisane z m.in. Ray’em Charlsem, Ettą James czy Janet Jackson. Ritza kojarzyć można także jako współautora tekstu piosenki Sexual Healing Marvina Gaye’a. Mężczyna ma także na swoim koncie nagrodę Grammy w kategorii Best Album Notes za album Queen Of Soul – The Atlantic Recordings Arethy Franklin. Biorąc pod uwagę osiągnięcia Ritza, nie dziwi fakt, że to właśnie z nim Lenny postanowił współpracować nad opisaniem swojej historii.

Autobiografia Kravitza miała swoją premierę na początku października ubiegłego roku, na polskie wydanie przyszło nam czekać prawie cały rok – książka ukazała się w naszym kraju 15 września. Tytuł w żaden sposób nie jest przypadkowy – tak samo nazywa się przecież debiutancki album muzyka. Jednak wczytując się w całość okazuje się, że miłość rządzi życiem Kravitza od samego początku.

Let Love Rule. Autobiografia to siedem głównych rozdziałów, których nazwy opierają się na zasadzie, którą Lenny przyjął w książce, czyli połączenia dwóch, nie zawsze różnych, światów. Rozdziały te dzielą się na mniejsze podrozdziały, w których to autorzy przedstawiają, w sposób chronologiczny, historię Leonarda Alberta Kravitza. Artysta sięga głęboko do swoich korzeni, gdyż opowieść rozpoczyna opisując pierwsze spotkanie swoich rodziców. Całość to bardzo szczegółowa relacja z pierwszych dwudziestu pięciu lat życia Lenny’ego.

Czytelnik może być zaskoczony tym, że w liczącej trzysta stron książce dostaje tylko pewien wycinek z życia rockmana – i to ten, w którym o rockmanie ciężko w ogóle jeszcze mówić. Lenny bardzo dużo miejsca poświęca swojemu dzieciństwu, opisując miłość do matki, popularnej w USA w latach ‘70 aktorki Roxie Roker (której zadedykował książkę) oraz przedstawiając trudną relację z ojcem Sy Kravtizem – producentem w NBC News. Muzyk idzie jednak jeszcze dalej, wymieniając swoich dziadków, liczne ciotki i wujków oraz rodziców chrzestnych. Mimo tego, że nie są to przypadkowe nazwiska – rodzice Lenny’ego, ze względu na swoje zajęcia, obracali się w środowisku artystycznym Nowego Jorku tamtych czasów – to ich ilość może spowodować, że czytelnik zacznie się w tym wszystkim po prostu gubić.

Kravitz, jak już wspominałam, oparł swoją opowieść na fakcie iż, jak sam twierdzi, jest połączeniem dwóch światów – czarnych i białych, żydów i chrześcijan, Manhattanu i Brooklynu, przywileju i bohemy, sacrum i profanum, artysty i męża, ojca. Mimo próby pokazania tych kontrastów, zwłaszcza we fragmentach, w których opisuje swoje dzieciństwo, nie są one tak mocno wyczuwalne – Lenny raptem raz wspomina o sytuacji naznaczonej rasizmem, z którą się spotkał, kwestie religijne traktuje jako ciekawe aspekty, które pozwoliły znaleźć mu własną, duchową drogę, życie na dwa domy traktuje jako fajną przygodę. Momentami odnosiłam wrażenie, że artysta próbuje przekazać czytelnikowi aż nazbyt dużo optymizmu, nawet tam, gdzie nie ma na niego miejsca (chociażby w naznaczonej sprzecznościami relacji z ojcem).

Od samego początku czytając historię wokalisty, z tyłu głowy miałam myśl, że miał on bardzo dużo szczęścia – urodził się w dobrze sytuowanej rodzinie dwojga stabilnych ludzi, w małżeństwie wyjątkowym (związki mieszane pod względem rasowym w Stanach w latach ‘70 nadal spotykały się z oporem ze strony społeczeństwa) i wyjątkowym, artystycznym środowisku. Cieszy to, że Lenny dostrzega swoją wyjątkową pozycję pisząc wprost Mieszkaliśmy w  świecie ludzi uprzywilejowanych. Ten przywilej, z którym się urodził, towarzyszył mu także w ciągu poszukiwania swojej własnej, muzycznej drogi. Przez całą książkę miałam jednak z tyłu głowy myśl, czy aby na pewno Lenny byłby obecnie w miejscu, w którym jest, gdyby te jego korzenie wyglądały nieco inaczej.

Bo też rozwój miłości i pasji do muzyki przebiegał u niego nieco inaczej. Niewielu młodych, czarnych chłopców w tamtym czasie mogło sobie pozwolić na to, by bywać na koncertach The Jacksons 5, Earth, Wind & Fire czy wchodzić do garderoby Jamesa Browna. Nie da się jednak ukryć, że droga, jaką przeszedł Lenny, od pierwszych kontaktów z muzyką aż do nagrania debiutanckiej płyty, jest najmocniejszą i najbardziej interesującą stroną całej opowieści. Droga ta jest bardzo kręta, a przywilej nie okazuje się być dla młodego muzyka pomocny, a wręcz przeciwnie – Lenny zaczynał przecież karierę pod pseudonimem Romeo Blue, co, jak sam pisze, miało stanowić dla niego nowy artystyczny początek, ale w pewnym sensie jawi się także jako wyrzeczenie się dawnego siebie, nazwiska swojego ojca, który wyrzucił go z domu w wieku szesnastu lat. Od tamtej pory Lenny żył życiem nomady, bez stałego miejsca zamieszkania, a jedyną stałością była dla niego niezmiennie muzyka.

Lennie (Romeo Blue) nie stałby się jednak Lennym, gdyby nie ona, jedyna żona artysty, czyli Lisa Bonet. Choć para rozwiodła się niemal trzydzieści lat temu, to we fragmentach na temat aktorki czuć ogromną dozę miłości, jeszcze większą niż wtedy, gdy muzyk wspomina o ukochanej matce i swoich babciach. Historia początków ich intensywnego związku, którego owocem jest córka, Zoë Kravitz, to najbardziej intymna i pełna emocji, pasji część książki. Szkoda, że ta końcowa i tak krótka.

Bo gdy czytelnikowi wydaje się, że nieuchronnie zbliżamy się do fragmentów tych najbardziej atrakcyjnych dla melomanów, czyli opisujących szczyt kariery artysty, opowieść… urywa się. Nie mamy więc historii powstania, promocji albumów Mama Said, Are You Gonna Go My Way czy 5, nie ma nic o pobitym osiągnięciu nagród Grammy, o rozpadzie związku z Lisą, śmierci rodziców. To jednak nie znaczy, że tego nie będzie – Let Love Rule. Autobiografia kończy się słowami Ciąg dalszy nastąpi… To bardzo ciekawe, że Lenny zdecydował się podzielić swoją historię na kilka części, że uznał, że historia jego najwcześniejszych lat jest dla niego tak samo ważna i dla czytelników może być tak samo atrakcyjna, jak opowieść o najlepszych latach jego kariery.

Całość czyta się bardzo dobrze, szybko, lekko, niczym powieść. Muzyk nie szczędzi nam ciekawostek, historyjek niemal nieprawdopodobnych (jak chociażby tą o rycerskim oswobodzeniu nieletniej dziewczyny, zmuszanej do pracy seksualnej, którą to przez kilka dni ukrywał we własnym pokoju, a którą ratował także z innych opresji w następnych latach). To jest książka nie tylko dla wielkich fanów – stopień szczegółowości opowieści, powrót do korzeni, idealnie nadaje się do tego, by zapoznanie się z Lennym, z jego twórczością, rozpocząć właśnie od Let Love Rule. Autobiografii. Dla wielbicieli wiedzących już co nie co na temat muzyka, całość stanowić będzie idealne uzupełnienie, gdyż nie wszystkie fakty z życia Kravitza były wcześniej znane. Kogoś, kogo jednak te pierwsze lata, muzyczne poszukiwania, nie interesują, chciałby wiedzieć więcej o przebiegu kariery i zdobyciu światowej sławy, ta forma opowieści może znudzić – wtedy lepiej poczekać na drugą część całej historii. 

Doceniam tę książkę przede wszystkim za jej szczerość, krytykuję za zbyt duży optymizm, który nie wszędzie pasował – ja rozumiem, że Lenny zapamiętaj swoje dzieciństwo niemal jako sielskie, ale ten wszechobecny pogodny nastrój w narracji momentami staje się irytujący. Choć początkowo niezbyt trafiał do mnie pomysł wydania kilku części swojej autobiografii, teraz podchodzę do tego z zaciekawieniem, bo nie powiem, za drugą część, która najpewniej poruszy następne trzydzieści dwa lata życia Kravitza, złapię natychmiast. Nie wiem, czy wokalista pomyślał o tym, że obmyślona forma opowiedzenia najpierw pierwszych dwudziestu pięciu lat swojego życia, może być dla niektórych rozczarowaniem. Let Love Rule. Autobiografia wyraźnie jednak pokazuje, że muzyk od zawsze idzie swoją drogą, działa w zgodzie z własnymi zasadami, nawet jeśli nie każdemu może się to podobać.

Lenny Kravitz, David Ritz - Let Love Rule. Autobiografia
  • Data premiery: 15 09 2021
  • Single: -
Najlepsze utwory: -
Najsłabsze utwory: -


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Dominika Pawłowska
Dominika Pawłowska
Kręci mnie kultura, zwłaszcza muzyczna. Słucham dużo starego rocka i metalu, ale na moich playlistach nie brak też dźwięków popu, electro, alternatywy czy R&B. Muzyki słucham praktycznie ciągle, a od kilku lat, mniej lub bardziej poważnie, o niej piszę. Poza muzyką, na co dzień zajmują mnie moje koty - Stefan i Oliver, czytanie, gotowanie i oglądanie sitcomów.

Czytaj również