Leon Bridges – Good Thing (2018), recenzja Piotra Krajewskiego

Leon Bridges pojawił się znikąd i rozkochał w sobie fanów amerykańskiego soulu. Jego debiutanckie dzieło Coming Home z 2015 roku sporo namieszało wśród słuchaczy wielbiących muzykę lat sześćdziesiątych, którą zapoczątkowali Afroamerykanie. Trzy lata później 29-letni artysta z Teksasu powraca z drugą płytą Good Thing. Czy to kolejne dzieło, gdzie Bridges składa hołd największym soulowym gwiazdom? Sprawdźmy.

Znalezione obrazy dla zapytania Leon Bridges - Good Thing

Nie wszyscy uwielbiają współczesną muzykę. Nie brakuje słuchaczy, którzy swoją sympatię kierują w stronę starszych, dobrze już znanych brzmień. Chcą poczuć powiew przeszłości czy poddać się nostalgii. Debiutanckie dzieło Leona Bridgesa było pełne właśnie czegoś takiego. W 2015 roku młody Teksańczyk postanowił oddać cześć klasycznemu R&B i soulowym brzmieniom lat sześćdziesiątych, kiedy to królowały melodie chociażby Otisa Reddinga czy Sama Cooke’a, legendarnych dziś przedstawicieli soulu. Wokalista złożył naprawdę udany hołd muzyce amerykańskiego Południa i czarnoskórym arystom XX wieku.

Pierwsza płyta Leona Bridgesa otrzymała mnóstwo pozytywnych recenzji, zgarniając nawet nominację do prestiżowego Grammy w kategorii „najlepszy album R&B”. Swego czasu jego piosenki rozprzestrzeniały się w internecie niczym wirus. Mowa przede wszystkim o słynnym River, które mogliśmy usłyszeć chociażby w pierwszym sezonie Wielkich kłamstewek, nagrodzonego Złotym Globem serialu HBO. Utwór cieszył się ogromną popularnością.

Przyszła jednak pora na rozdział numer dwa. Często to być albo nie być dla wielu artystów, zwłaszcza dla tych, których debiut sporo namieszał w świecie muzyki. Tak właśnie było w przypadku Leona. Wokalista zdecydował się zaryzykować nagrywając Good Thing. Tym razem 29-latek skłania się lekko ku współczesnym brzmieniom, pozostając jednak w bezpiecznej odległości od klasycznego R&B i neo soulu.

Bridges poszerza horyzonty oraz nurkuje w dźwiękach dużo bogatszych, ale też nieco bardziej radiowych. Wydaje się, że przesunął się o ponad dekadę do przodu niż na debiutanckiej płycie. Faktycznie, muzycznie dzieje się tu o wiele więcej, a artysta nie boi się gdzieniegdzie przyspieszyć tempo i nieoczekiwanie zaprosić słuchacza na taneczny parkiet. Da się zauważyć mocne wpływy Ushera, Pharrella czy nawet Bruno Marsa. Wystarczy posłuchać dyskotekowego If It Feels Good (Then It Must Be), kuszącego latami dziewięćdziesiątymi Forgive You czy flirtującego z popem i  funkiem You Don’t Know. To niemal pewne, że wielu słuchaczy zaskoczy taki Leon Bridges. Ciekawa niespodzianka, ale na pewno nie zwalająca z nóg.

Muzyk z Teksasu nie byłby jednak sobą, gdyby nie chciał na nowej płycie połączyć współczesnego brzmienia z afroamerykańskim duchem soulu. Mimo że jego niespodziewana popowa strona może skusić niejedną osobę, Leon najlepiej odnajduje się w brzmieniu retro. Słychać to w każdej spokojniejszej piosence – to właśnie wtedy od Amerykanina bije największa autentyczność. Ciepłe, klasyczne R&B w połączeniu z czystym wokalem i tekstami o romantycznej, niekiedy trudnej miłości niemal natychmiast oddziałuje na słuchacza. Gitarowe Shy, niezwykle minimalistyczne Lions, delikatne Mrs., balladowe Bet Ain’t Worth the Hand czy kapitalne, singlowe Beyond, które zachwyca romantyczną aurą niczym wspomniane już River. Wszystkie te utwory czarują klimatem i udowadniają, że Leon Bridges jest wręcz stworzony do takich brzmień.

Good Thing to bez wątpienia ciekawy oraz odważny krok w karierze 29-latka. Na swoim drugim albumie amerykański artysta chciał spróbować czegoś nowego i nie dał się zaszufladkować jako muzyk odtwarzający jedynie przeszłość. Prawda jest jednak taka, że jego największa siła tkwi w klasyce, w której tak świetnie się odnajduje. Retro to moc Leona Bridgesa.

oceny

autor recenzji

Piotr Krajewski
Piotr Krajewski
Dziennikarz muzyczny z Warszawy. All About Music & Radio ZET. Kontakt: [email protected] / [email protected]

Sprawdź nasze inne

Recenzje