
28 grudnia 2015 roku skończyła się pewna epoka. Odszedł człowiek, który był jednym z ojców rocka. Mimo, że twórczości jego zespołu bliżej było do metalu, on zawsze uznawał swoją muzykę za rock and rolla. Zapytany kiedyś o to, jak scharakteryzowałby ideał kobiety, odpowiedział: Głupia, ślepa, cycasta blondynka, właścicielka sklepu monopolowego. Gdy lekarz zakazał mu spożywania Jacka Danielsa, przerzucił się na wódkę z sokiem pomarańczowym. 28 sierpnia przerwał koncert swojej grupy w Salt Lake City z powodów zdrowotnych. Powiedział do zebranej publiki: Sorry, stary jestem, nie mogę oddychać. 24 grudnia obchodził swoje 70 urodziny. Dwa dni później dowiedział się, że ma bardzo zaawansowanego raka. Cztery dni później zmarł. Lemmy Kilmister – lider grupy Motörhead i ostatni praktykujący rockman.
O jego śmierci dowiedziałem się przez Facebooka. Mimo, że znałem metryczkę Lemmy’ego i wiedziałem, że przy takim trybie życia śmierć zbliża się do niego dużymi krokami, byłem w szoku. To był przecież Lemmy – facet nie do zdarcia. Człowiek potrafiący wypić dziennie butelkę whiskey, wypalając przy tym niezliczoną ilość papierosów.
Jak ważną dla rocka był postacią, pokazały kolejne godziny. Co chwila znani artyści wrzucali zdjęcia z Kilmistrem z podpisami w stylu byłeś wielki; dzięki Tobie zacząłem grać i tworzyć muzykę. I byli to wykonawcy różnych gatunków muzycznych. Poza przedstawicielami metalu, takimi jak Metallica czy Phil Anselmo z Pantery, swoje kondolencje przesłali też Travis Barker z Blink- 182 czy też Zebrahead.

Gdy trochę ochłonąłem i strawiłem tę smutną informację, zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, czy wśród żywych pozostał chociaż jeden rockman z krwi i kości. Nie taki, co wypije 10 shotów wódki i zarzyga się na scenie, tylko taki, co wypije litr mocnego trunku, wciągnie kilometrową ścieżkę koki, a po koncercie odda się przelotnej przygodzie z jakąś pustą blondynką z olbrzymimi atutami nad brzuchem. I powiem Wam szczerze, że ciężko jest mi wskazać taką osobę.
Oczywistym pierwszym skojarzeniem jest Keith Richards z The Rolling Stones. Facet w latach 60. był żywym testerem narkotykowych nowinek. Potrafił ćpać przez cały tydzień. Alkoholu oczywiście nie wylewał za kołnierz. W sumie to, że nadal żyje, należy traktować w kategoriach cudu. Ale lata 60. to już daleka przeszłość. Od kilku dekad Richards jest czysty (przynajmniej tak twierdzi). Pije alkohol, ale na pewno nie w takich ilościach, jak kiedyś. Od ponad trzydziestu lat związany jest ze swoją małżonką, z którą ma dzieci i jest z nią szczęśliwy. Nie mówię, że to jest złe, ale jednak jakoś średnio wpasowuje się w etos rock and rollowca. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Keith Richards jest obecnie Keithem Richardsem już tylko z nazwy.
To samo tyczy się Ozzy’ego Osbourne’a. Książę Ciemności to obecnie prawie siedemdziesięcioletni mężczyzna pijący herbatę oraz biegający codziennie na bieżni, by utrzymywać dobrą formę. Oczywiście jestem jak najbardziej za takim trybem życia, ale jak to się ma do Ozzy’ego z lat 70. i 80., który odgryzał w trakcie koncertu głowę nietoperzowi oraz wciągał tony koki, nie wspominając o innych substancjach, których posiadanie groziło więzieniem?

Lemmy wraz z Ozzym
Tydzień temu żyjącymi ikonami rockowego stylu życia byli Keith Richards, Ozzy Osbourne oraz Lemmy. Ten ostatni już się z tej listy wypisał. Tyle, że w mojej ocenie dwa pierwsze nazwiska znajdowały się w tym mini zestawieniu wyłącznie z szacunku do czasów przeszłych. W kategorii życia na krawędzi Lemmy bił gitarzystę The Rolling Stones oraz lidera Black Sabbath na głowę. Podobno impreza urodzinowa Kilmistera trwała dwa dni. A podejrzewam, że w imprezowym menu raczej nie było czerwonej herbatki oraz zielonych jabłek. Dlatego twierdzę, że 28 grudnia 2015 roku zmarł ostatni rockman z krwi i kości, który traktował swój zawód na poważnie. Bo bycie gwiazdą rocka to nie tylko tworzenie dobrej muzyki. To też praktykowanie zasad i mantr utworzonych przez poprzednie pokolenia artystów, których już od dawna nie ma wśród nas. Nie powiem, że takich gości jak Lemmy już nie ma. Pewnie gdzieś są faceci, którzy frazę sex, drugs & rock and roll mają głęboko wyrytą w swoim sercu. Tylko w tym przypadku mówię o prawdziwych ikonach, o muzykach, których imiona i nazwiska zna każdy fan gitarowego grania, i nie tylko. Lemmy był pod tym względem bezkonkurencyjny.
Lekarz po zdiagnozowaniu raka u Lemmy’ego stwierdził, że muzyk nie przeżyje więcej niż pół roku. Miał stuprocentową rację, tylko trochę źle oszacował ten czas. Wydaje mi się, że należy się cieszyć z tego, że Kilmister odszedł z tego świata na własnych warunkach. Bez wijących się rurek przymocowanych do jego nosa, bez ciężkich i bolesnych chemioterapii, bez złudnej nadziei, że może uda się jednak wyjść z tego bez szwanku.
Bardzo żałuje, że 6 lipca 2015 roku nie wybrałem się na koncert Motörheada do Warszawy. Nie zakupiłem biletów na to wydarzenie, ponieważ planowałem na ten okres swój wyjazd zarobkowy do Anglii. Poza tym pomyślałem wtedy: Motörhead na pewno przyjedzie jeszcze kilka razy do Polski, a Lemmy rozniesie scenę po raz enty w swojej bogatej karierze. Nie rozniesie.


