MENU

    Nowy ulubieniec na mapie festiwali czyli weekend z Lekko Festiwal. Relacja Sylwii Krzywonos

    Powoli wyrasta mocny zawodnik w wyścigu o najlepszy letni festiwal. Miałam okazję udać się ostatnio na Lekko Festiwal i wyszłam z niego…zachwycona! Co widziałam, kogo słyszałam? Zapraszam na relację:

    Druga edycja Lekko Festiwal za nami! Wydarzenie odbyło się w podwarszawskich Markach, na terenie kompleksu eventowego Cicha 23. Samo miejsce może odebrać dech w piersiach. Słynie już z wyjątkowej wszechobecności natury, mimo swojego przeznaczenia, nadając mu niespotykany dotąd charakter. Zarówno imprezy muzyczne jak i nawet śluby jakie tam się odbywają, zyskują zupełnie nowy obraz i klimat. Jak opisuje strona organizatora:

    Lekko Festiwal to butikowe wydarzenie, na którym poczujesz się lekko jak letni wiatr. To propozycja spędzenia czasu z muzyką i przyjaciółmi, w przepięknej przestrzeni Cicha 23 w Markach pod Warszawą. Otoczeni łąkami i lasami jesteśmy wdzięczni za małe rzeczy. Wychodzimy z założenia, że można żyć lżej, oddychać pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą.

    Przekraczając bramy festiwalu, przeniosłam się w sielskie, pełne spokoju miejsce. Jednak nie na długo – mijając strefę foodtrackową, natknęłam się na Girls Stage gdzie od otwarcia do zamknięcia dnia uczestnikom wydarzenia towarzyszyły sety czterech dj-ek: Naro, Young Majli, Zuza OK i Monster – to jednak rozwinę później. Kolejne pięknie oświetlone i ozdobione ścieżki prowadziły prosto do głównej sceny. Na niej – bardzo dobry line-up. Organizatorzy idealnie wpasowali się w moje i nie tylko moje gusta, czego dowodem były pełne zadowolenia dyskusje pomiędzy koncertami i w drodze do wyjścia. Dodatkowo, ciężko było mi określić średni wiek festiwalowicza, dało się zauważyć zarówno biegające maluchy, nastolatków czy osoby w starszym wieku podrygujące do muzyki.

    Powracając jednak do line-upu. Tak oto prezentował się przez dwa dni:

    Przyznaję, że organizatorzy zafundowali niesamowity skład, a co więcej, sprytnie rozplanowali plan imprezy. Pierwszy dzień obfitował w nieco spokojniejsze, relaksujące i klimatyczne brzmienia. Natomiast nazajutrz – mocnym akcentem zakończono festiwal zestawiając po sobie Brodkę, dawno nie widziane The Dumplings i Ralpha Kaminskiego. Przejdźmy do szczegółów – co i kto był najbardziej warty zobaczenia? Odpowiedź: wszyscy, to oczywiste. Tak fantastyczny zbiór artystów polskiej sceny rzadko zdarza się na jednym festiwalu, a co ważniejsze, tak naprawdę dopiero raczkującym wydarzeniu.

    Rozpoczęto od spokojnego akcentu – występu grupy Lor. Niestety ze względu na porę, nie udało mi się dotrzeć na koncert zespołu, ale znając folkowe brzmienie, z pewnością były świetnym otwarciem festiwalu. Kolejna była już bardzo utalentowania Zalia. Mocnymi punktami jej występu były przede wszystkim: głos i energia. Swoim entuzjazmem mogłaby obdzielić niejednego człowieka na tym świecie, a o tym przekonali się widzowie, którzy rozruszali się pod sceną. Zalia wykonała m.in. ostatni singiel plany czy bezsensownie.

    Następnie, Miętha. Koncert duetu bardzo rozluźnił atmosferę, wprowadził wszystkich w stan lekkości, nomen omen, jak na ten festiwal przystało. Przyjemny koncert, miło spędziłam czas, mimo iż na co dzień nie jestem fanką grupy Miętha. W spokojnej atmosferze płynnie przeszliśmy do występu Jucho. Muszę zacząć od niesamowitej scenografii – pośród kwiatów, paproci, wokalistka zasiadła do fortepianu, a na scenie towarzyszyło jej dwóch muzyków z kontrabasami. Wszystko utrzymane w eleganckim, lecz nie sztywnym nastroju, z nutą natury, fantastycznie wpisując się w tematykę wydarzenia. Sam koncert był swego rodzaju zbiorem piosenek aktorskich, niekiedy naprawdę zabawnych.

    Jedną z gwiazd wieczoru była grupa Bitamina z Vito Bambino na czele. Co bardzo cenię w ich koncertach to ciepło bijące ze sceny i poczucie pewnego rodzaju komfortu, mimo niekiedy niekomfortowych i trudnych tekstów. Usłyszeliśmy wiele przebojów, a najgłośniej wybrzmiał oczywiście Dom. Występ zgromadził pokaźną liczbę osób, a klimat jaki przekazała Bitamina sprawiła, że w powietrzu było czuć solidarność, równość a także… zapach nie do końca legalnych substancji. Podsumowując, Bitamina była wspaniałą kropką kończącą spokojną część dnia.

    Dzień zakończył genialny Rojek. Wprost nie mogłam się doczekać koncertu tej legendy, ponieważ Rojek = niewiarygodny set. Rozpoczęliśmy od Sportowego życia, jednego z singli z ostatniego albumu, Kundel. Setlista koncertu była pełna najbardziej znanych utworów z solowego rozdziału artysty. Doświadczyliśmy m.in. Czas który pozostał, Krótkie momenty skupienia, Syreny, do tego aż dwukrotnie Bez końca czy Beksę z nieziemskim, prawie 3 minutowym outro. Cóż to jednak za koncert Rojka bez utworów Myslovitz? Jednym chórem widownia wyśpiewała Długość dźwięku samotności, a Peggy Brown towarzyszyła w końcówce koncertu. Dzień zakończony mocno, a przed nami była tak samo fantastyczna druga część.

    W sobotę, organizatorzy postawili na jeszcze bardziej żywsze brzmienie. Dzień otworzyła utalentowana Luna, która zaprezentowała się w bajecznej błękitnej kreacji. Przyznam, że bardzo przypadła mi wersja Niewypowiedziane na żywo. Po Lunie przyszedł czas na projekt Ars Latrans Orchestra. Zespół składający się z wielu muzyków, wokalistów powiązanych z grupami jak Clock Machine czy Bass Astral x Igo zaprezentował muzykę ze swojej pierwszej płyty. Sztuka miłości wybrzmiała w kilku wersjach, usłyszeliśmy Tokyo, Zrobię U, Królową Zimy czy Żebra. Niedawno Ars Latrans wydali singiel Sorry, wyszłam już, który rozpoczyna nową erę grupy – również byliśmy świadkami wykonania na żywo. Osobiście bardzo polecam wybranie się na koncert kolektywu, stworzyli coś zupełnie nowego na polskim rynku, coś co trzeba poznać.

    Otwarcie przyznaje, nigdy nie byłam fanką Julii Wieniawy, nie byłam w stanie przekonać się do jej osoby. Gdy dała usłyszeć się w kilku singlach uznałam, że nie jest tak źle, dziewczyna ma dosyć dobry głos. Jednak to co zaprezentowała na scenie festiwalu przerosło zupełnie moje oczekiwania. Występ był nie-sa-mo-wi-ty! Cała oprawa koncertu, stroje Julii (zdążyła przebrać się dwa razy), do tego pełna choreografia, chórki, piękna prezencja, naprawdę mocny i dobry głos, a wisienką na torcie był przeuroczy kontakt z publicznością. Zżera mnie ciekawość jak wyglądałby jej koncert w ciemnościach, klubie. Domyślam się, że nad obecną karierą muzyczną Julii pracuje sztab ludzi, jednak uważam że z tak stworzonym wizerunkiem i dobrze wyprodukowaną płytą, spokojnie może zająć się tylko karierą w muzyce.

    https://www.facebook.com/LekkoFestiwal/photos/pcb.365974062311498/365973978978173

    Kolejną mocną artystką wieczoru była Brodka. Koncert utrzymany został w atmosferze trasy promującej album Brut. Z tego także albumu usłyszeliśmy Hey Man i Game Change. Natomiast Brodka pozwoliła na przejście przez wszystkie jej albumy. Pojawiła się Granda, My Name is Youth i Up In the Hill z Clashes. Co więcej, artystka zagrała nowy, zaskakujący singiel. Po 12 latach wydała utwór w pełni po polsku, co mocno podkreślała przed samym wykonaniem. Sadza to pierwsza zapowiedź nowej, jeszcze mroczniejszej ery Brodki. W nawiązaniu do prezentacji singla na żywo, brzmi fantastycznie!

    Chciałoby się napisać „wielki powrót The Dumplings na scenę”, jednak to po prostu wyjątek podczas przerwy działalności zespołu. Duet wystąpił w znanej już oprawie trasy promującej album Raj. Setlista natomiast obfitowała w znakomitą większość najsłynniejszych utworów grupy ze wszystkich trzech płyt. Usłyszeliśmy Kocham być z Tobą, tytułowy Raj, Dark Side, Nieszczęśliwą, Ach nie mnie jednej czy Betonowy Las. Długa nieobecność zespołu jeszcze bardziej pozwoliła chłonąć spektakl ze sceny. Co mocno dało się zauważyć to reakcje Justyny i Kuby na wiwaty tłumu, widać jak brakowało im (i nie tylko) ponownego wspólnego grania. W swojej przerwie duetowi udało się jeszcze coś wspólnie nagrać i tak o to wybrzmiała Każda z nas. Myślę, że nie tylko ja tęsknię za The Dumplings, za koncertami, nowymi albumami i oczekiwaniem co genialnego ponownie powstanie ze współpracy Święs Karaś. Dlatego apeluje – wracajcie już!

    Na zakończenie programu sceny głównej wystąpił Ralph Kaminski. Cóż to było za show! Artysta zaprezentował swoje nowe wcielenie, a dzięki przepięknej scenografii i strojom zespołu, przenieśliśmy się na prywatkę lat 80. To nie był koncert, to był po prostu spektakl od A do Z. Wszystko tu zagrało, dosłownie i w przenośni. Świetna choreografia, fantastyczne wejście w role całego zespołu, narrator o głosie samego Piotra Fronczewskiego. Piękna jest to era i cieszę się, że mogłam być jej świadkiem. Za jej otwarciem stoi m.in. singiel Bal u Rafała, który wybrzmiał wraz z inną nowością – Krystyną. Ralph pozwolił nam powrócić także do swoich „starszych” dzieł – Kosmiczne Energie dalej brzmią jak stworzone z czystego złota. Przez to, że twórczość Ralpha trafia do wielu pokoleń słuchaczy, miło było zobaczyć bawiących się razem ludzi bez względu na wiek. Fantastyczne widowisko!

    https://www.facebook.com/LekkoFestiwal/photos/a.110830127825894/364261935816044/

    Byłam pewna, że po koncercie Ralpha czeka mnie już tylko długi powrót do domu. Nic bardziej mylnego. Na pożegnanie, tłum spod sceny trafił na świetny set DJ Monster, która uraczyła wszystkich genialnymi remiksami. Wychodząc tańczyliśmy nawet… macarenę. Uwielbiam takie zakończenia festiwali, a to było jedyne w swoim rodzaju.

    Lekko Festiwal bardzo podniósł sobie poprzeczkę w tym roku i nie mogę doczekać się już kolejnej edycji. Oby znów w tym samym miejscu, oby znów z tak mocnym line-upem i oby znów w tak cudownej atmosferze. Good Taste, świetna robota!

    https://www.facebook.com/LekkoFestiwal/videos/607342907336691/

    Ostatnio opublikowane